Podział na złych i dobrych bohaterów, nie ma tu żadnych odcieni, charakterystycznych dla normalnych ludzkich zachowań.
Cóż można napisać o najnowszej książce Hilary Norman? Nie mogę powiedzieć, że to kiepski kryminał, gdyż posiada on walory, które mogą przypaść czytelnikom do gustu. Mogę jednak stwierdzić, że chyba tylko tym, którzy sięgają po raz pierwszy po opowieść, o perypetiach nieskazitelnego Sama Becketta i jego równie uroczej, co nudnej, żony Grace.
Gdy ktoś jednak pokusi się o przeczytanie kilku następujących po sobie powieści, o losach tychże bohaterów, może niestety zanudzić się na śmierć. Autorka sagi, postanowiła bowiem, za wszelką cenę, w każdej kolejnej odsłonie, właśnie ich postawić oko w oko z szalejącymi zabójcami i uczynić z nich „supermenów”, którzy zawsze wychodzą cało z opresji. A szkoda, bo mogliby stanowić niezłe tło akcji, nie narażając się na zbyt ograniczoną fantazję Hilary Norman. To, co byłoby ciekawe i budzące grozę w jednej powieści, staje się diabelnie wkurzające w całej sadze. To zdecydowanie może zniweczyć plany autorki na pozyskanie rzeszy fanów dla całej historii, choć dla poszczególnych jej części, zapewne tak.
Drugim, trudnym do przełknięcia zjawiskiem, jest ogromna bomba kaloryczna, czyli zasłodzenie maksymalne postaci, zaserwowane nam bez popitki. Podział na złych i dobrych bohaterów, nie ma tu żadnych odcieni, charakterystycznych dla normalnych ludzkich zachowań. Grace i Sam, a także ich najbliżsi, to chodzące dobra, umartwiające się nad ludzkością, miłujące się wzajemnie, przemiłe, przesłodkie i zupełnie nierealne. Nie mówię, że nie ma takich ludzi, ale umieszczenie w jednej książce kilku bohaterów o takich samych walorach, jest po prostu nie do zjedzenia. Sukces autora powinien leżeć w skonstruowaniu postaci różnych, niejednoznacznych, nieprzerysowanych, takich, które dają nam do myślenia. Zdecydowanie nie jest to domeną Hilary Norman.
Plusem za to jest wymyślanie nowych i nieszablonowych historii. Tym razem w „Uwięzionych”, niestrudzony strażnik prawa Sam Beckett musi rozwikłać zagadkę morderstw, których ofiarami padają szczęśliwie zakochane pary. Niestety, trop wiedzie w ślepą uliczkę, a morderca nadal jest na wolności. Rozwiązanie zagadki następuje dopiero wtedy, gdy to właśnie Sam i Grace, spotykają mordercę (na co chyba mają wykupiony abonament). Wtedy rozpoczyna się wyścig z czasem…
Samej zagadce kryminalnej trudno coś zarzucić. O dziwo, nawet w „Uwięzionych” jest ona trochę inaczej skonstruowana i ciekawsza, niż miało to miejsce chociażby w „W sieci kłamstw” czy „Przybyszu”. Do samego końca nie jesteśmy w stanie zgadnąć, kim są zabójcy. Świadczy to o tym, że autorka na przestrzeni czasu, nie zatraca smykałki do pisania kryminałów, a nawet pozyskuje nowe umiejętności. Gdyby tylko umiała stworzyć ciekawe postaci, bardziej zróżnicowane charakterologicznie, na jej kolejne powieści, czekać można by z większym zainteresowaniem i niecierpliwością.
Tak jak męczące jest bezustanne mierzenie się ze śmiercią głównych bohaterów, tak pozytywne jest to, że Hilary Norman, nie zanudza nas zbytnio nawiązywaniem do poprzednich powieści. I choć oczywiście pojawiają się wątki, które mają, bądź będą mieć, swoją kontynuację w dalszych częściach, nie są one traktowane priorytetowo, co nie zakłóca w znacznym stopniu odbioru książki.
„Uwięzieni” to ciekawa propozycja dla czytelnika niezbyt wymagającego. Nie jest gratką dla zapaleńców i miłośników kryminałów, choć myślę, że i oni mogą mieć problem z odgadnięciem zabójcy, co może zachęcić ich w pewnym stopniu do lektury. Być może osoby, których nie odstręczają takie cukierkowe i posągowe postaci, także odnajdą w tej publikacji coś dla siebie. Bo tak zazwyczaj jest, że to, co dla jednych będzie przestrogą, dla innych stanie się zachętą.
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
Hilary Norman, „Uwięzieni”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze