Czytałam już wiele książek łatwych, lekkich i przyjemnych. Jednak żadna z nich nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak „Herbaciarnia Madeline”. To taka ciepła opowieść, że po prostu nie można przejść obok niej obojętnie.
Małe amerykańskie miasteczko w stanie Illinois, Avalon, to jedno z tych miejsc, w których człowiek się rodzi, zapuszcza korzenie i umiera. Bądź też, do którego się przyjeżdża, by rozpocząć spokojne życie, o ile tylko uda się przekonać do siebie pozostałych mieszkańców. W Avalonie nie można pozostać anonimowym, a to ma swoje dobre i złe strony. O tych złych najwięcej powiedzieć może Julia, bohaterka „Herbaciarni Madeline”, która nie potrafi otrząsnąć się po tragicznej śmierci syna. Unika ludzi, współczujących spojrzeń, niekończących się kondolencji, gestów wsparcia. Unika też męża, siostry i rodziców. Jedynie mała córeczka, Gracie, jest jeszcze w stanie choć na chwilę wyrwać ją z odrętwienia. I to właśnie wracając pewnego dnia z córką, natrafia przed domem na talerzyk z chlebem, gotowym zakwasem i przepisem. Okazuje się, że to nie jest zwykłe pieczywo, a chleb przyjaźni amiszów. Ten anonimowy drobny upominek w niedługim czasie nieźle namiesza w życiu całego miasteczka, a najbardziej wpłynie na rodzinę Julii i dwóch kobiet, dla których Avalon miało się stać bezpieczną przystanią, Hannah i Madeline.
Choć w „Herbaciarni Madeline” bardzo ważna rolę odgrywa chleb przyjaźni amiszów, to w błędzie jest ten, kto sądzi, że bohaterami są członkowie tej wspólnoty. W swojej książce Darien Gee opisuje losy i epizody z życia zwykłych, przeciętnych ludzi, ale przy tym robi to w tak prosty i naturalny sposób, że każda z tych historii ma w sobie coś wyjątkowego i prawdziwego.
„Herbaciarnia Madeline”, bez wątpienia, wzbudza same ciepłe uczucia. Darien Gee udowadnia, że przez żołądek do serca może przedostać się nie tylko romantyczna miłość, ale także przyjaźń, zrozumienie, więź sąsiedzka i wiele innych uczuć, które nadają uniwersalnego wymiaru tej książce.
Sięgając po „Herbaciarnię Madeline” można nastawić się na to, że przez niemal całą lekturę po twarzy będzie błąkał się lekki uśmiech. Z pewnością nie zabraknie momentów, które wywołają szeroki uśmiech, ale także i takich, po przeczytaniu których trzeba będzie ukradkiem otrzeć łzę wzruszenia. Właściwie mogłabym się rozpływać w zachwytach nad tą opowieścią. I po raz pierwszy w pełni zgadzam się z zapowiedzią z okładki. „Herbaciarnia Madeline” to z całą pewnością „solidna dawka optymizmu w uroczej oprawie”.
Jeśli więc poszukujecie książki, która bez patosu opowie o rzeczach trudnych i pięknych, która pozwoli wam choć przez chwilę spojrzeć na świat przez różowe okulary, to Darien Gee napisała taką specjalnie dla was. A jeśli podczas lektury zapragniecie poeksperymentować z chlebem przyjaźni amiszów z sąsiadami, to w „Herbaciarni Madeline” znajdziecie wszystkie potrzebne informacje.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Darien Gee, „Herbaciarnia Madeline”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze