Przygody wiedźmy w krainie wampirów

Recenzja książki Olgi Gromyko Zawód wiedźma.
Na miejscu okazało się, że Dogewa, legendarna kraina wampirów niewiele różni się od polskiej wsi.

Tyle, że jest ona niczym wieś z marzeń, czysta, zadbana i dostatnia, a każdego domu zamiast kulawego Burka dogląda najprawdziwszy wilk. Problemy tej uroczej krainy również nie odbiegają od tych, z jakimi zmaga się rodzima wieś. Wspomnieć można tu chociażby odwieczną walkę ze stonką ziemniaczaną, spory o to, do kogo należy krowa, czy potwór mordujący każdego człowieka, który stanie na jego drodze. Choć Wolha pokonała stonkę, sprawiedliwie rozwiązała problem krowy, a na dodatek wyleczyła kilka wampirzych kłów, z potworem nie poszło jej już tak łatwo. Głównie dlatego, że raczył się on objawić dopiero pod sam koniec książki. Samej walki ze straszliwą kreaturą jest w powieści niewiele, a czas, który Wohla spędza na jego poszukiwaniach upływa jej niczym sielankowe wakacje u babci na wsi. Ale nie ma czego żałować, na brak przygód wiedźma nie może narzekać, zwłaszcza, że w większości z nich towarzyszy jej sam król wampirzego kraju.

Len, władca wampirów, kiedy nie używa wszystkich swoich tytułów, jest nie tylko nieco wyalienowany, dżentelmeński i zabójczo przystojny, jakby tego było mało potrafi jeszcze czytać w myślach. W oczywisty sposób przywodzi to na myśl postać będącą dziś obiektem westchnień tysięcy nastolatek. Zapewne, gdyby książka Olgi Gromyko była znana w Stanach Zjednoczonych, Edward Cullen nigdy nie zrobiłby tak zawrotnej kariery. Warto bowiem pamiętać o tym, że w oryginale "Wiedźma" była wydana w 2003 roku, kiedy to jeszcze nikomu w głowie nie były ciepłe, dobre i niewinne wampiry. Te przedstawione przez  Gromyko nijak się mają do krwiożerczych bestii polujących na dziewice, a bardziej przypominają te z "Wampirów bez zębów" Mela Brooksa. Być może jest tak dlatego, że poznajemy je poprzez złośliwe uwagi głównej bohaterki, której imię nie na darmo pisze się jako W.Redna.

Zdarzyło mi się spotkać Olgę Gromyko, zanim w moje ręce trafiła "Wiedźma". Pamiętam, że rozmawiałyśmy wtedy o jej ulubionym autorze, którym jest Andrzej Sapkowski, a Olga powiedziała mi wtedy, że kiedy pierwszy raz go spotkała, była nieco rozczarowana, bo spodziewała się, że będzie chociaż trochę wyglądał jak Geralt. Teraz, kiedy wspominam to spotkanie, odnoszę podobne wrażenie. Ja sama spodziewałam się spotkania z czarownicą, a tymczasem przed moimi oczami pojawiła się nie dość, że blondynka, to do tego zupełnie racjonalna i od razu na wstępie powiedziała mi, że absolutnie nie jest żadną wiedźmą. Dowodzi to tylko tego, jak twórcza jest wyobraźnia tej autorki. Choć my znamy ja zaledwie z "Wiedźmy", w Rosji wydała już kilkanaście książek i jest tam niekwestionowaną gwiazdą. Doczekała się także licznych epigonek, które wzorując się na jej powieści skłoniły krytyków do wyodrębnienia gatunku zwanego Wolh-bredniami.

Fantastyka humorystyczna, to zdecydowanie nie mój ulubiony podgatunek, ale nie mogę powiedzieć, żeby "Wiedźma" mi się nie podobała. Może nie tak głośno, jak czytając "Moją żonę Wiedźmę" Bielanina, ale przyznaję w trakcie lektury śmiałam się często. Szkoda tylko, że pierwsza "Wiedźma" jest tak krótka i dlatego radzę od razu zaopatrzyć się w dwa tomy, które w oryginale wydano jako jedną książkę. Ja z wielką ciekawością sięgam po lekturę tego drugiego.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Olga Gromyko, "Zawód: Wiedźma, t.1. Wydanie drugie", Fabryka Słów, Lublin 2010


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat