To, że kobiety są o siebie zazdrosne, to wiadomo. O faceta, o ciuchy, o kilogramy, gładką cerę. Cokolwiek. Nawet, jeśli się do tego głośno nie przyznają, to podświadomość fika koziołki, a krew w żyłach buzuje. Takie zachowania niby powinny być obce przyjaciółkom. Takim na dobre i złe. Niestety, jesteśmy tylko kobietami...
Bohaterki książki „Cieszę się twoim szczęściem” udowadniają nam, że przyjaźń w żadnym razie idealna nie jest. I, co gorsza, potrafi się przeobrazić w coś naprawdę toksycznego. Wendy i Daphne przyjaźnią się. Wendy wysłuchuje lamentów Daphne w środku nocy, doradza jej, martwi się itd., choć problemy jej traktuje momentami z przymrużeniem oka, bo przyjaciółka potrafi je wyolbrzymiać i niepotrzebnie dramatyzować. I wszystko jest w porządku do momentu, aż życie Daphne przewraca się do góry nogami za sprawą Jonathana. Im bardziej jest szczęśliwa, tym bardziej z Wendy wyłażą podłe zachowania i złość.
Autorka zaserwowała nam jakże przewrotny tytuł książki, bo takiej prawdziwej, szczerej radości z cudzego szczęścia, mamy tu jak na lekarstwo. Wendy, której mąż nie kwapi się do podjęcia pracy, a starania o dziecko okazują się bezskuteczne, nagle musi zmierzyć się z lawiną szczęścia przyjaciółki wychodzącej za mąż w tempie ekspresowym i zachodzącej w ciążę. Nie czuje się z tym dobrze. Jej frustracja narasta. Śledzimy nie tylko zmagania z zazdrością, ale też walkę z próbą dorównania Daphne, która toczy się od początku znajomości dziewczyn. Wendy jest tą, która zawsze była w jej cieniu. Kiedy ustabilizowała swoje życie, a przyjaciółka nie, czuła się przez moment nieco lepsza, a teraz znów odczuła swoje miejsce w szeregu. Boleśnie. I próbuje sobie z tym poradzić w bardzo prymitywny sposób.
„Cieszę się twoim szczęściem” to jednak nie tylko książka o relacjach damsko-damskich, słownych bataliach, podkładaniu tzw. świni itd. To także lektura, która obrazuje, do czego może prowadzić chęć posiadania dziecka. Determinacja przyszłej matki może momentami zakrawać na paranoję, co przekuwa się na totalną destrukcję świata dookoła. Wiele zachować kobiet jest tutaj podyktowane rozczarowaniem własnym życiem, ale przez cały czas poświęcony na lekturę nasuwa się pytanie, czy jeśli w relację zwaną przyjaźnią wkradają się z piorunującą siłą złe słowa i czyny, które ranią na każdym kroku i pozwalają na moment samemu poczuć się lepiej, to czy taka relacja na pewno była przyjaźnią? Ku refleksji.
Katarzyna Stec
(kultura@dlalejdis.pl)
Lucinda Rosenfeld, „Cieszę się twoim szczęściem”, Prozami
Komentarze