Andrew Michael Hurley w książce „Pustki” zbudował prawdziwy klimat niepewności i strachu. Nie znajdziemy tu pościgów, wartkiej akcji, ale tajemnicza posiadłość, deszczowa, mglista pogoda, nieujarzmione morskie fale i bohaterowie noszący w sobie tajemnicę budują mroczną atmosferę. Zresztą już sama okładka obiecuje wiele. Czysta biel, na której umieszczono tytułową grafikę w czerni oraz niewielki czerwony akcent w postaci kropli krwi budzi zainteresowanie, ale i niepokój. Początek jest całkiem zwyczajny: kilka osób w tym dwoje dzieci z nowym proboszczem udają się przed świętami wielkanocnymi na pielgrzymkę do Moorings. Okazuje się, że jeden z chłopców Andrew jest niepełnosprawny i cała ta „eskapada” ma na celu jego uzdrowienie. Cudowna woda, modlitwy, obrzędy: wszystko to przypomina działania sekty, a nie zwykłe praktyki religijne. Do tego ciągle żywe wspomnienie poprzedniego proboszcza, kapłana Wilfreda, pada cieniem na relacje pomiędzy pielgrzymami. Jedynymi, którzy bardziej racjonalnie patrzą na życie jest ksiądz Bernard, który wśród wiernych budzi raczej sprzeczne odczucia oraz Tonto; młodszy z braci, który odebrał surowe wychowanie i sprawia wrażenie strażnika swojego chorego brata, a nie beztroskiego dziecka.
„Pustki” to książka interesująca w formie i fascynująca pod względem atmosfery. Znajdziemy tu fanatyzm religijny, ale też odniesienia do metafizyki, praktyk magicznych. Hurley nie podaje nam odpowiedzi na tacy, zmusza czytelnika do refleksji, uruchomienia swojej wyobraźni. Mimo to mam pewien problem z debiutancką książką brytyjskiego autora, bo właściwie wszystko jest jak należy, ale zabrakło mi przysłowiowej kropki nad „i”, wykrzyknika, który sprawiłby, że finał tej spokojnej na pozór opowieści pozostałby z nami na długie wieczory, dni, miesiące. Mały niedosyt pozostaje, ale warto przeczytać choćby dla tej dusznej, zagadkowej aury, która wylewa się z każdego rozdziału.
Anna Wasyliszyn
(anna.wasyliszyn@dlalejdis.pl)
Andrew Michael Hurley, „Pustki”, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B., 2016
Komentarze