„Randki z Tindera” autorstwa Sonii Marie to propozycja z działu literatury kobiecej. Jak sama autorka przyznaje, wszystkie historie opowiedziane w książce wydarzyły się naprawdę, ale imiona bohaterek zostały zmienione. Bohaterkami jest 6 kobiet, które spotykają się przy winie i opowiadają swoje perypetie randkowe, które miały miejsce podczas spotkań z mężczyznami poznanymi na Tinderze. Jak same zgodnie twierdzą – nie jest to aplikacja randkowa, a raczej miejsce do umawiania się na szybki i niezobowiązujący seks. Dziewczyny czują się mocno rozczarowane zachowaniem mężczyzn, z którymi się spotkały i postanowiły zemścić się na nich. W „Randkach z Tindera” znajdziemy szczegółowe i szczere relacje z randek i słodkiej zemsty zranionych i urażonych kobiet.
Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy w życiu nie zajrzał na Tindera. Przyznaję bez bicia, że niejednokrotnie sama korzystałam z tej sławnej aplikacji randkowej. O ile 5 lat temu można było poznać kogoś wartościowego, z kim udało się stworzyć jakiś związek, o tyle teraz to jakaś totalna porażka. Zauważyłam, że na współczesnym Tinderze istnieją dwa typy mężczyzn: ci, z którymi można klikać wiadomości do śmierci, albo tacy, którzy bez owijania w bawełnę od razu proponują szybki numerek. Raczej nic pośredniego się nie zdarza, aczkolwiek zapewne gdzieś tam istnieją jakieś wyjątki. Dlatego w końcu raz zawsze pozbyłam się tej aplikacji z telefonu i jest mi z tym bardzo dobrze. Zdaję sobie jednak sprawę, że istnieją ludzie, którzy by odnaleźć miłość życia (albo szybki numerek) są w stanie zrobić wszystko, również wytrwale szukać swojej połówki na Tinderze. Ja jednak wolę „tradycyjne” metody poznawania mężczyzn i umawiania się na spotkania.
Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak beznadziejnej książki. Autorka oraz jej przyjaciółki chyba są w wieku gimnazjalnym, a przynajmniej ich słownictwo, sposób bycia, zachowanie i wizja świata na to wskazuje. Język jest mocno wulgarny, niesmaczny i razi w oczy. Dodatkowo metafory i porównania jeszcze bardziej wprawiają czytelnika w zażenowanie. W każdym zdaniu padają wulgarne słowa, a w co drugim zdaniu występuje słowo „śmiech”. Kobiety, które jak twierdzą, szukają prawdziwej miłości, a umawiają się z pierwszym lepszym zaklikanym kolesiem z Tindera i od razu idą z nim do łóżka, dziwią się, że im w miłości nie wychodzi. Nazywają siebie damami, a co wieczór upijają się na umór, klną jak szewc, naciągają pijanych klubowiczów na drinki i z zemsty upodlają się z przypadkowymi mężczyznami. One chyba same nie znają znaczenia tego słowa. Na każdym kroku narzekają, że są wykorzystywane, ale z nie mają oporów, by same traktować mężczyzn w taki sposób. Co więcej – one nie widzą w tym nic dziwnego. Bohaterki są osobami bardzo ograniczonymi i wulgarnymi. Nic dziwnego, że nie mogą znaleźć miłości. Na samym końcu czytelnik otrzymuje swoisty dekalog współczesnego randkowania na Tinderze oraz poradnik zranionej kobiety. Szczerze? W życiu nie skorzystałabym z jakiejkolwiek porady tych dziewczyn.
„Randki z Tindera” miały być książką, która jest nieco zabawna, nieco prawdziwa. No cóż, mnie w ogóle nie rozbawiła, a wręcz przeciwnie - mocno zniesmaczyła i przeraziła. Tym bardziej, że jest ona oparta na faktach. Jeśli tak wygląda współczesne poszukiwanie miłości, to ja chyba nie chcę jej znaleźć. To, że dziewczyny mściły z powodu nieudanych randek, nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że bohaterki zrobiły z siebie wulgarne, rozwiązłe, głupie i pozbawione ambicji kobiety. Całe szczęście, że książka nie jest zbyt długa, bo inaczej w połowie rzuciłabym ją w kąt, a tak to ledwie dobrnęłam do końca. Być może opowieści Soni Marie przypadną komuś do gustu. Prawdopodobne jest, że autorka prędzej znajdzie uznanie pośród nastoletnich i niedojrzałych czytelniczek, niż dorosłych i obytych kobiet.
Klaudia Kwiatkowska
(klaudia.kwiatkowska@dlalejdis.pl)
Sonie Marie, „Randki z Tindera”, Novae Res, 2021
Komentarze