Remedium na żałobę

Recenzja książki "Prowansalski balsam na złamane serca".
Śmierć bliskiej osoby zawsze sieje pustoszenie. Nic nie jest takie, jak było. I nic nie będzie już takie, jak sobie zaplanowaliśmy.

Boleśnie doświadcza tego główna bohaterka książki „Prowansalski balsam na złamane serca” Bridget Asher. Heidi straciła męża, jedyną i największą miłość swojego życia. Taką, która, jeśli ją spotkamy, wydaje nam się być uczuciem aż po kres. Czasem ów kres nadchodzi jednak zbyt wcześnie, niwecząc plany, które snuliśmy we dwoje. Długoterminowe plany. Trudno wówczas zacząć znów żyć.

Heidi do w miarę normalnego egzystowania zmusza poczucie odpowiedzialności za syna Abbota. Ten jednak, im więcej czasu upływa, tym bardziej przypomina z wyglądu ojca. A to nie ułatwia sprawy. Żałoba Heidi przedłuża się mimowolnie, a kobieta rezygnuje z życia towarzyskiego, z pasji. Nikt w takiej sytuacji nie pozostałby obojętnym, a zwłaszcza najbliżsi. Heidi za namową matki wyrusza zatem do Prowansji. I nie jest to podróż w celach rozrywkowych. Magiczny aspekt lawendowej krainy ma tu ogromne znaczenie. W życiu rodziny Heidi Prowansja odgrywa znaczącą rolę i osnuta jest miłosnymi legendami. Dom, do którego wybiera się Heidi, słynie bowiem z terapeutycznych właściwości. Leczy poranione dusze i serca, trzeba tylko wsłuchać się w niego i w siebie. Heidi nie przyjdzie to z łatwością, ale to właśnie tam odkryje, że ma jeszcze przed sobą kawał życia, które trzeba przeżyć, a nie zmarnować. I to tam pomiędzy odkrywaniem rodzinnych sekretów, pozwoli sobie na ponowne żywsze bicie serca na widok mężczyzny.

„Prowansalski balsam na złamane serca” to nie tania historyjka o uzdrowicielskiej mocy miłości. To książka, która tchnie w czytelnika nadzieję, że los, choć czasem okrutny, potrafi jeszcze zaskoczyć. Trzeba mu tylko odrobinę pomóc, porzucić marazm i spróbować zacząć cieszyć się życiem. To także powieść o ogromnej sile kobiet, ich trudnych wyborach i wątpliwościach, które nimi targają aż do samego końca. I wreszcie to książka o kobietach pełnych życiowej mądrości. Potrafiących postawić się nawzajem do pionu, kiedy trzeba, ale też stojących za sobą murem bez względu na wszystko. Cennych, mimochodem przemyconych rad, które możemy z powodzeniem spróbować zastosować we własnym życiu, znajdziemy co nie miara. A już ta, że każda kobieta powinna w swoim życiu mieć jedno zagubione lato trafia z ogromną siłą.

Można sobie wmawiać, że miłość już nie dla nas. Można też otworzyć serce i pozwolić mu zadecydować za nas, wbrew naszym logicznym dywagacjom. Można, a nawet trzeba. Bo okazuje się, że nowa miłość wcale nie oznacza zapomnienia tej, którą odebrał nam los. Bo nowa miłość nie zajmie miejsca tej poprzedniej, często najważniejszej w życiu. Bo nowa miłość ulokuje się w sercu tuż obok tamtej, stając się remedium na cierpienie i szansą na nowe uniesienia.

Katarzyna Stec
(kultura@dlalejdis.pl)

Bridget Asher, „Prowansalski balsam na złamane serca”, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat