Romans kryminalny z lat 80-tych

Recenzja książki "Labirynt kłamstw".
„Labirynt kłamstw” to książka boleśnie przewidywalna.

Zachowana w ścisłych ramach charakterystycznych dla gatunku, doskonała na miarę swojej premiery w 1987 r., dziś już tylko pozostaje produktem jednym z wielu. Tess Gerritsen, jak sama przyznaje, ma słabość do powieści kryminalnych okraszonych ogromną dawką romantycznych uniesień godnych telenoweli. Taki właśnie jest „Labirynt kłamstw”.

Nie ma w tym oczywiście niczego złego, bo też nie da się ukryć, że jest na takie książki zapotrzebowanie wśród czytelników. Będą to, co prawda, albo znużone życiem gospodynie domowe, albo pasażerowie skazani na długą i monotonną podróż, ale jednak. Stanowią oni bowiem niebagatelną liczbę konsumentów powieści lekkich i przyjemnych w odbiorze i należy się z nimi liczyć.

Dla nich ważne jest przede wszystkim chwilowe oderwanie od rzeczywistości, zasmakowanie przygody ze strzelaniną w tle oraz otarcie się o romans i erotyczne doznania, pełne jednakże czułych i wzniosłych słów. I to właśnie otrzymają od Tess Gerritsen.

Nie skłoni ich to, co prawda, do głębokich przemyśleń, nie pozostawi też trwałych śladów w pamięci. Stereotypowość i schematyczność to bowiem dwie cechy, których niełatwo uniknąć w tego typu literaturze, a które mogą uśmiercić każdy, nawet najlepszy pomysł na powieść.

„Labirynt kłamstw” to dwie odrębne historie kobiet, które ślepy los postawił w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Sarah Fontaine to młoda mężatka, która zaskoczona nagłą i niespodziewaną śmiercią małżonka, postanawia przeprowadzić własne śledztwo, by nie tylko odkryć, dlaczego Geoffrey zginął, ale też, kim był naprawdę. Catherine Weaver to z kolei samotna rozwódka, którą zwykły przypadek wplątuje w śmiertelną grę. Gdy potrąca tajemniczego mężczyznę, nie wie jeszcze, że razem z nim, będzie toczyć walkę o przyszłość świata.

Szeroki rozmach historii wplątujący bohaterów w kontakt zarówno z CIA, jak i Mossadem oraz podniesienie kwestii nielegalnych badań nad bronią biologiczną, sprawia, że powieść Tess Gerritsen, może robić duże wrażenie. Nie ma co ukrywać, że tajne operacje amerykańskiej agencji wywiadowczej są dla nas powiewem inności i do dziś stawiają polskie kryminały na straconej pozycji. Współczesne pokolenie Polaków, wychowanych na amerykańskich, tanich produkcjach sensacyjno-kryminalnych do dziś chętniej sięga po takie, z pozoru niezwykłe historie jak „Labirynt kłamstw”.

Ci czytelnicy, którzy przyzwyczajeni są do fabuły łatwej, niepodnoszącej ciśnienia i z założonym z góry szczęśliwym zakończeniem, z pewnością nie rozczarują się „Labiryntem kłamstw”. Niestety, tak samo pozytywny odbiór nie będzie udziałem bardziej wymagających czytelników, pragnących poczuć się zaskoczonymi i wciśniętymi w fotel. Ci, niech lepiej poszukają innej lektury.

Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)

Tess Gerritsen, „Labirynt kłamstw”, Mira 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat