Rozdźwięki miłosne

Recenzja książki Trucicielka.
„Znasz historię Rity? (…) Zanim stała się przedmiotem handlu religijnego, Rita była kobietą, prawdziwą piętnastowieczną kobietą, Włoszką, której udało się dokonać czegoś niemożliwego: ...

pojednać dwie rodziny, choć te rodziny miały świetne powody, aby się nienawidzić, rodzinę swojego męża i rodzinę zabójcy, który jej męża zasztyletował.”

A znasz historie, której znalazły się w „Trucicielce”? Patronuje im właśnie święta Rita – ta od spraw trudnych i beznadziejnych. Opisane przez Erica-Emmanuela Schmitta są historiami zawiłymi, nieprzypadkowo zebranymi w jeden tom, więc książka, jako całość, ma swój początek, środek i koniec. Sam autor pisze: „Nie układam bukietu, zbierając rozproszone kwiaty, tylko szukam kwiatów w zależności od bukietu.”

Jak na wiosnę przystało, kwiatki są. To cztery opowiadania, które, na pierwszy rzut oka wydają się całkiem od siebie odmienne, jednak potem łatwo można rozszyfrować, co je łączy. Każdy z bohaterów, czy to oskarżona o liczne zabójstwa - Marie (tytułowa „Trucicielka”), Greg („Powrót”), Chris i Axel (Koncert „Pamięci anioła”), czy też Catherine („Elizejska miłość”) to osoby owładnięte obsesją. Ona nie pozwala im spocząć, odpocząć, wypocząć i rozpocząć nowego rozdziału w życiu. Pożera każdą ich myśl, męczy, dręczy i sprawia, że staje się ostatnią myślą przed snem i pierwszą po przebudzeniu. Zaprogramowana, by osiągnąć jeden wybrany cel, niszcząc wszystko wokół, podporządkowując zaspokojenie jego oraz stawiając go nad wszystkim i wszystkimi. Zawsze ma moc destrukcyjną. Jednak każdy z bohaterów ma przed sobą przynajmniej dwie drogi. Jedną w górę, drugą w dół. I to tylko od niego zależy, którą obierze.

Po zbiorach opowiadań „Odette i inne historie miłosne” oraz „Marzycielka z Ostendy”, kolejny tom już nie jest tak nieprzewidywalny. Wiemy bowiem, czego możemy się spodziewać po autorze. A możemy spodziewać się wiele, zważywszy na fakt, że za najnowszą publikację otrzymał najważniejszą francuską nagrodę literacką Le Prix Goncourt de la Nouvelle 2010. Sam Schmitt uskarża się w swoim pamiętniku, umieszczonym na końcu książki, że wielu uważa taką formę przekazu za oznakę lenistwa i zmęczenia. Więc jednak utwory krótsze nie są tak lekceważone, jak uważa. Schmitt przywołuje francuską tradycję najsłynniejszych opowiadaczy (którą próbuje kontynuować), jak : Maupassanta, Daudeta, Flauberta, Colette, Marcela Aymé. Według niego sztuka pisania, to sztuka kadrowania.

I tak jak nie pamiętamy dni, a pamiętamy momenty, tak Schmitt posługuje się synekdochą, mówiąc o części zamiast całości. Pisząc zaś o całości książki, warto ją przeczytać. Mimo braku fajerwerków, które zapewniał nam Schmitt w przeszłości („Małe zbrodnie małżeńskie”, „Oskar i pani Róża”), a które sprawiły, że stał się popularny na całym świecie, książka jest smacznym kąskiem dla nieszukających prostych wzruszeń, taniej rozrywki, chcących zwolnić życiowe obroty na rzecz refleksji nad sensem życia i jego meandrami.

Iwona Kusiak
(iwona.kusiak@dlalejdis.pl)

Eric-Emmanuel Schmitt, „Trucicielka”, Znak, Kraków 2011


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat