Z bohaterki czyni dojrzałą kobietę (i to nie starą pannę!), która niejedno już przeszła, a jednak jest gotowa zacząć od nowa. Na nowy początek w końcu nigdy nie jest za późno. Amelia jest po rozwodzie, który choć był szybki, to jednak bolesny. Mąż, któremu ufała, odszedł do młodszej kochanki. Sama Amelie jednak w wyniku tych życiowych perturbacji utraciła kontakt z dziećmi, co boli ją najbardziej… Przeprowadzka do miasteczka Magdalene (od którego nazwę bierze cała seria książek tej autorki) ma być bodźcem do odnalezienia spokoju, tak ważnego do odbudowania relacji z dziećmi oraz własnej pewności siebie.
W Magdalene strażakiem jest Mickey, który również ma za sobą nieudane małżeństwo, a do tego powziął mocne postanowienie związane z tym, że nie zamierza ponownie wdawać się w żadne miłosne relacje. Jak łatwo się domyślić – pojawienie się na jego drodze Amelie, tym postanowieniem co nieco zachwieje.
Bohaterowie nie są ideałami – oboje zrobili w życiu wiele głupich rzeczy, a miejsce, w którym się ostatnio życiowo znajdują nie trafiło im się „bez winy”. Nie są ofiarami innych ludzi ani nawet własnych działań, a po prostu tego jak różnie życie może się potoczyć i przede wszystkim tego jak skomplikowane są relacje międzyludzkie. Główna bohaterka reprezentuje współczesne kobiety, a przez autorkę nie została przedstawiona jako starsza pani, która już tylko myśli o emeryturze i potencjalnych wnukach, ale jako dojrzała kobieta, która nadal żyje… i żyć chce, a co za tym idzie chce tego życia w pełni doświadczać – także w zakresie miłości.
To współczesna historia poruszająca współczesne problemy. Oprócz wątku romansowego dotyczącego głównych bohaterów, intensywnie dotyka problemów związanych z okołorozwodowymi sprawami, patchworkowymi rodzinami, trudnościami w relacjach z dziećmi oraz całym tym bagażem związanym z rozpadem związku dwóch osób, które wcześniej postanowiły złączyć ze sobą swoje losy.
Na szczęście dojrzałość tej książki przebija się nie tylko poprzez jej język (nie brak w niej dosadnych określeń czy wulgaryzmów), ale przede wszystkim przez specyfikę relacji głównych bohaterów, którzy nie trwają w jakiś dziwnych zawirowaniach dotyczących tego czy być ze sobą czy nie, ale rozmawiają ze sobą, o swoich problemach, pragnieniach i potrzebach, zresztą jak przystało na dorosłych ludzi. Nie jest to jednak standard, jeśli chodzi o powieści romansowe.
W „Rytmie namiętności” nie brakuje namiętności, słodyczy, czułości i wzruszeń, ale autorka zrównoważyła to z ogólną tematyką problemów w relacjach międzyludzkich (nie tylko tych miłosnych / erotycznych), dzięki czemu całość nie sprawia wrażenia przesłodzonej i mdlącej. Dzięki odpowiedniej długości książki – poruszane wątki zostały w wystarczający sposób rozwinięte, a czytelnik nie styka się z nużącą i dłużącą się lekturą.
Cała gama emocji i ciekawe sylwetki bohaterów idą w parze ze sprawnym warsztatem pisarskim autorki, dzięki czemu „Rytm namiętności” można połknąć w kilka przepełnionych romantycznością, nadzieją, ale także problemami dnia codziennego wieczorów.
Alicja Figarska
(alicja.figarska@dlalejdis.pl)
Kristen Ashley, „Rytm namiętności”, Akurat, Warszawa 2022.
Komentarze