Akcja powieści Michela Bussi rozpoczyna się 23 grudnia 1980 roku. To tego dnia „airbus 5430 relacji Stambuł-Paryż rozbił się na Mont Terrible”. Zginęło 168 osób, samolot spłonął, ocalała jedna dziewczynka. Lyse-Rose. Albo Emile. Tego nie wie nikt, a to, że w samolocie znajdowały się dwie trzymiesięczne dziewczynki znacznie komplikuje sprawę.
Mamy rok 1980, o testach DNA nikt jeszcze nie słyszał. Zaczyna się walka pomiędzy dwiema rodzinami - żyjącymi skromnie i, bądźmy szczerzy, ledwo wiążącymi koniec z końcem Vitralami i opływającymi w dostatki de Carvillami. Dowodów właściwie brak, jeden pozornie nieistotny szczegół może zmienić wszystko. „Sędzia Weber musiał przeciąć węzeł. Podjąć decyzję o życiu i śmierci. Zdecydować, kto przeżył, a kto zginął. Lyse-Rose de Carville czy Emilie Vitral? […] Czy jakikolwiek inny sędzia miał taką władzę, żeby zabić jedno dziecko, a pozwolić żyć drugiemu? Być zarazem wybawcą i katem? Jedna rodzina musiała zwyciężyć, druga wszystko stracić”. Wyrok sądu nie sprawił jednak, że przegrana rodzina przestała walczyć. Walka dopiero się zaczęła. I trwać będzie przez kolejnych osiemnaście lat.
W dniu osiągnięcia pełnoletności dziewczyna nazwana przez media Ważką otrzymuje zeszyt, w którym Credule Grand-Duc, prywatny detektyw, opisał cały proces swego śledztwa, jakie na życzenie jednej z rodzin, prowadził przez te wszystkie lata. Po jego przeczytaniu Lylie (imię powstałe z połączenia imion Lyse-Rose i Emilie), oddaje zeszyt bratu i znika, by „to zakończyć. Obciąć martwe gałęzie”. Zaczyna się walka z czasem, a czytelnik naprzemiennie otrzymując opisy współczesnych wydarzeń i notatki Grand-Duca, będzie próbował dociec prawdy. I obsesyjnie niemalże przewracał kolejne kartki książki, tak jak Marc przewraca kolejne kartki zielonego zeszytu.
To, że Lylie przez osiemnaście lat, mimo wyroku sądu, nie jest pewna co do swojej tożsamości, nie wpływa tylko na nią. Owszem, to głównie ona jest tu ofiarą okropnie niefortunnego zbiegu okoliczności, który przez całe życie nie pozwala jej nabrać pewności, gdy podaje swoje nazwisko, czuć się naprawdę związaną z rodziną, w której się wychowuje i każe odczuwać wciąż pewne wątpliwości związane z tym, że odrobinę jednak od nich odstaje, ale to wszystko odciska się mocno również na innych bohaterach tego dramatu. Na obydwu babciach, na jej rodzeństwie, wreszcie i na detektywie, który zajął się sprawą cudownie ocalonej dziewczynki.
Michel Bussi pogrywa sobie z czytelnikiem jak tylko może. Podaje nam pewne wskazówki, wskazuje tropy, żeby po chwili zmienić całkowicie kierunek, w którym powinniśmy pójść i zrobić zupełnie spustoszenie w naszej głowie, w której przecież zarysowało się już całe rozwiązanie. To sprawia, że kilka razy zostajemy z zupełną pustką i wszystkie elementy układanki po prostu musimy zacząć układać sobie od początku, tak jak robią to bohaterowie jego powieści. Nic tu nie jest pewne, każdy szczegół może okazać się zupełnie czymś innym, niż się początkowo wydaje. I choć udało mi się poskładać te dziwne puzzle chwilę przed tym, zanim na jaw wyszła prawdziwa tożsamość Ważki, to przez całą lekturę odczuwałam napięcie i ogromną ciekawość. Od bardzo dawna żadna książka nie zmusiła mnie do siedzenia do późnej nocy i gorączkowego przerzucania jej kolejnych stron, choć powieki już ciążyły. „Samolotu bez niej” po prostu nie mogłam odłożyć.
Izabela Raducka
(kultura@dlalejdis.pl)
Michel Bussi, „Samolot bez niej”, Warszawa, Świat Książki, 2014
Komentarze