Na dźwięk tytułów pewnych książek człowiek milknie, zawiesza wzrok na pustej ścianie i zaczyna intensywnie myśleć. O czym tak myśli? Duma nad światem, nad istotą ludzką, nad jej nieporadnością i słabościami. Także nad własną bezradnością. Książki, o których mowa, to np. „Ćpun” Melvina Burgessa czy „Pamiętnik narkomanki” Barbary Rosiek. Ich fabuła jest koszmarem, z którego nie można się obudzić. Po zakończeniu lektury nie da się „wrócić do życia”, oddzielając fikcję od rzeczywistości grubą kreską. Świat z obu powieści jest bowiem tym samym światem, w którym żyjemy na co dzień, a bohaterowie, których uważamy za kreacje literackie, ludźmi z krwi i kości. Pierwsza z powieści, „Ćpun”, wydana została w 1996 roku. Łatwo policzyć, jak wiele lat od tego czasu minęło. A zarazem jak niewiele. Problem narkomanii nie zniknął, nie został rozwiązany czy zapomniany. Dziś dowodzi tego Jacqueline Woodson, poświęcając przygodzie 15-latki z meta amfetaminą książkę „Kryształowy księżyc”. Można ją nazwać bliską kuzynką, a może i młodszą siostrą wcześniej wymienionych. Została napisana w podobny sposób – jest pamiętnikiem, czy też serią luźnych wspomnień, nie zawsze ustawionych chronologicznie. Rozdziały są bardzo krótkie, góra trzykartkowe, a ich tytuły dobitne i niosące ból, cierpienie oraz rozpacz bohaterki.
„Kryształowy księżyc” nie jest lekturą, którą można zabrać na piknik. Nie warto czytać jej w zatłoczonym tramwaju, gdy co chwilę odrywa się wzrok, sprawdzając, jak daleko do docelowego przystanku. Za parę dni nadejdzie jednak jesień, a to wręcz idealna pora, by zasiąść w ciepłym fotelu z kubkiem parującej kawy lub herbaty, otworzyć powieść Woodson i dać się ponieść emocjom. Spojrzeć za okno na sunący po niebie dym palonych liści i wyobrazić sobie, jak szare musiało być życie 15-latki, która sięgnęła po narkotyki, bo zabrakło jej matczynej miłości. Książkę czyta się bardzo szybko, gdyż takie tempo narzuca długość rozdziałów. Bohaterów jest niewielu, a i fabuła nie wydaje się zbyt skomplikowana. Wszystko jest jasne, proste, łatwe do zrozumienia, choć trudne do zaakceptowania, czy raczej pogodzenia się. Ciężko bowiem zaakceptować los ludzi, którzy równie mocno pragną pomocy, co się jej boją. Warto jednak pamiętać, że istnieje wiele ośrodków i punktów pomocy, do których można się zgłosić – czy to mając bezpośredni kontakt z osobą uzależnioną, czy wyłącznie mijając ją na ulicy.
Morał z „Kryształowego księżyca” jest jeden – nie bądźmy obojętni. Kierujmy się w życiu empatią i zrozumieniem dla ludzkiej słabości, bo sami często bywamy słabi. Jeśli zareagujemy w porę, być może uratujemy czyjeś życie. Jakie by ono nie było, nie zasługuje na smutny koniec w czterech ścianach opuszczonego, zimnego budynku.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Jacqueline Woodson, „Kryształowy księżyc”, Remi, Warszawa 2013
Komentarze