Science fiction z kobiecą perspektywą

Recenzja książki "Wezwanie Ziemi".
Aż trudno uwierzyć w to, że tej książki nie napisała kobieta.

I tym większa jest moja sympatia dla autora, który w swojej wizji stworzył planetę, w której najwspanialszym miastem jest rządzona prze kobiety Basilika. Planetę tą zwaną Harmonią zamieszkują potomkowie ludzkości, która w wyniku zniszczenia przez wojny zmuszona była opuścić Ziemię. A o to, żeby życie na niej toczyło się naprawdę harmonijnie, dba program komputerowy nazywany przez mieszkańców Nadduszą.

Dzięki satelitom widzi on wszystko, co w danym momencie dzieje się na planecie, może zsyłać sny i przemawiać do jej mieszkańców. Dotychczas głównym dążeniem Nadduszy było czuwanie nad ludzkością, aby nie doprowadziła do masowego konfliktu, który zniszczył jej poprzednią planetę, jak pamiętają wszyscy, którzy czytali „Pamięć Ziemi” – pierwszy tom cyklu, jego celem stał się powrót na Ziemię.

Aby tego dokonać Naddusza potrzebuje jednak pomocników. I tak jej wybrańcem staje się Nafai, syn najpotężniejszej kobiety w mieście – Rasy oraz ważnego urzędnika Volemaka. Akcja książki rozpoczyna się dokładnie w tym momencie, w którym kończy się poprzednia – kiedy wybrany Nafai zabija Gabllufixa, tyranizującego miasto byłego męża swojej matki, a zarazem posiadacz Indeksu, który potrzeby jest Nadduszy do opuszczenia Harmonii.

Jak się jednak okazuje, Naddusza nie zamierza wcale wyruszać sama, a wspólnie z rodziną Nafaia, która ma dać początek nowej ludzkości na Ziemi, która odrodziła się po tym, jak ludzie opuścili ją dziesiątki milinów lat wcześniej. Jednak nie będzie to wcale proste zadanie zwłaszcza, że po śmierci Gabllufixa w Basilice wybuchają zamieszki, a do jej zdobycia szykuje się słynny generał wrogiej armii – Moozh. Jest jasne, że miasto musi upaść, a nasi bohaterowie je opuścić – a intrygujące w „Wezwaniu Ziemi” jest właśnie to, jak do tego dojdzie.

Na przeszkodzie wyjazdu staną też konflikty osobiste, bo jak się okaże genialny i samoświadomy program komputerowy nie wybrał żadnej osoby, która ma z nim powrócić na Ziemię przypadkowo... Autor nie szczędził wysiłków, żeby wyraziście zarysować właściwie niemal każdą z pojawiających się na łamach książki postaci. I o ile zrozumiałe jest, że dobrze oddaje męską perspektywę, o tyle bardzo pozytywnie zaskakuje jego znajomość kobiecej duszy, zwłaszcza w konflikcie między siostrami Sevet i Kokor.

Samej fantastyki nie ma w książce za dużo. Autor zdecydowanie bardziej skupia się na swoich bohaterach i intrydze. I przyznam, że wyszło mu to bardzo dobrze. Zmyślnie skonstruowana intryga, przez całą książkę mnoży zagrożenia i wątpliwości, by wszystkie rozsypane na stronach książki wątki w finale spleść w niezwykle logiczną całość.

„Wezwanie Ziemi” czytało mi się świetnie – zwłaszcza fragmenty poświęcone generałowi Moozhowi i jego przebiegłym kalkulacjom. I mam nadzieję, że innym czytelnikom, też uda się znaleźć swoich ulubionych bohaterów.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Orson Scott Card , „Wezwanie Ziemi”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat