„Każdy ma jakiś sekret. Oto mój” – takimi słowami rozpoczyna się książka-zwierzenie Mimi Alford. A czytelnik aż zaciera ręce z radości, bo wiadomo, co się zaraz wydarzy – otrzymamy podaną na tacy historię skandalu z głową najpotężniejszego państwa w roli głównej. Człowieka legendy. Johna F. Kennedy’ego.
Mimi Alford opowiada nam historię całego swojego życia. Z przyczyn oczywistych najwięcej miejsca poświęca wydarzeniu, które zaważyło na całym jej życiu i bez którego książka ta nie miałaby racji bytu – na romansie z prezydentem Kennedym. Dzięki cofnięciu się aż do lat dzieciństwa i przedstawieniu tego, co działo się z tytułową bohaterką po zabójstwie prezydenta, mamy możliwość lepszego poznania Mimi, jej trosk, radości i motywów, dla których związała się z Johnem F. Kennedym. O ile w ogóle tę relację można nazwać związkiem. Pełne sprzecznych emocji relacje Mimi (z jednej strony świadomość, że została wykorzystana, z drugiej – że była wyróżniona), usprawiedliwienia (co ciekawe odniosłam wrażenie, że częściej usprawiedliwiała samego prezydenta niż siebie) i ciężar sekretu, którego nie mogła nikomu zdradzić, tworzą historię skomplikowaną.
Trzeba oddać Mimi Alford to, że w „Stażystce” nie doszukałam się fałszu, obłudy czy unikania pewnych tematów. Owszem, Mimi nie mówi nam wszystkiego, ale to, co zdradza, w zupełności zaspokaja ciekawość i jest szczere (niekiedy aż do bólu). Kwestię ujawnienia swojej historii autorka konsultowała z rodziną. Myślę, że także oni wykazali się nie lada odwagą, zgadzając się, aby ich mama, siostra, żona zdradzała światu intymne szczegóły ze swojego życia. Nigdy przecież nie wiadomo, jak ludzie zareagują na takie rewelacje.
Czy takie historie są potrzebne? Czy naprawdę nie lepiej zachować pewne rzeczy dla siebie? Zapewne w każdym innym przypadku powiedziałabym, że nie. Karmienie ludzi skandalami i żerowanie na skandalicznych historiach wydaje mi się co najmniej niesmaczne. Tym razem jednak, na podstawie tego, co przeczytałam w „Stażystce”, jestem zdania, że wydanie tej historii było bardzo dobrym posunięciem, przede wszystkim ze względu na samą Mimi Alford. Sekret skrywany był bardzo długo, ale dziennikarze zaczęli dokopywać się do tej historii. Gdyby Mimi nic z tym nie zrobiła, to z pewnością chwilowy atak mediów na jej dom przeciągałby się w nieskończoność, a sama historia zyskałaby z pewnością całe mnóstwo dodatkowych epizodów, półprawd, przerysowań i kłamstw. A tak Mimi Alford wyznała wszystko, co miała do powiedzenia w tej sprawie, dziennikarze mieli doskonały materiał, ale jednocześnie nie mieli go na wyłączność, co z pewnością drastycznie obniżało jego atrakcyjność – po „Stażystkę” może bowiem sięgnąć każdy.
Historia Mimi Alford z pewnością wywołała większe zamieszanie w Stanach Zjednoczonch, niż jest w stanie wywołać u nas. W końcu akcja książki dotyka bezpośrednio człowieka, który przeszedł nie tylko do historii tego państwa, ale też stał się postacią kultową. Uważam jednak, że jest to książka, z którą warto się zapoznać. Historia, którą opowiada Mimi Alford poza zaspokojeniem ludzkiej ciekawości i fascynacji życiem sławnych, bogatych i posiadających władzę, niesie ze sobą coś więcej. Naukę, którą podarowało Mimi samo życie. A ona dzieli się nią teraz z czytelnikami.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Mimi Alford, „Stażystka”, Znak, Kraków 2012
Komentarze