Fabuła
Roxie jest kobietą sukcesu. Wie co chce osiągnąć i nie boi się po to sięgać. Nagle jej świat wywraca się do góry nogami. Nieoczekiwany wyjazd matki do reality show, zbiega się z kulinarną wpadką głównej bohaterki. Staje się kuchennym pariasem w LA. Powraca do rodzinnego Bailey Falls, aby przez lato poprowadzić rodzinną jadłodajnię oraz żeby ułożyć dalszy plan działania.
Roxie jest przebojowa i nie interesują ją stałe związki. Leo ma być tylko ciekawą, letnią przygodą na drodze do kalifornijskiego sukcesu. Co się stanie, gdy ta dwójka wpadnie w gorący romans? Kto kogo usidli? I co z tym wszystkim mają wspólnego orzechy?
Moim zdaniem
Przeczytane, zaklepane. Muszę przyznać, że przygoda z książką „Seks i orzeszki” była wyboista i pełna zakrętów. Rozpoczyna się dość niewinnie oraz po prostu nudno. Trochę czekałam, aż się rozkręci. Kiedy się już tak stało, tempo nie chciało zwolnić, a ja cieszyłam się czasem spędzonym nad „apetyczną” lekturą. Dosłownie i w przenośni. Z racji tego, że główna bohaterka jest kucharką, w treści aż roi się od ciekawych kulinarnych rozwiązań. Nie zliczę ile razy pociekła mi ślinka na myśl o orzechowym cieście, wielkich oraz przyprawionych pajdach chleba, cudownych zapiekankach, czy nawet głupich dżemach.
Autorka bardzo plastycznie wszystko opisuje. Bardzo podoba mi się jej tok myślenia. Czytelnik, podczas czytania, ma przed oczami wszelkie proponowane specjały oraz orzechy... Tak, tytuł dość przewrotny, choć idealnie oddający treść powieści. Jeśli liczysz, że zdradzę skąd się wziął – zapomnij. Trzeba sięgnąć po książkę, poznać treść oraz doczytać wyjaśnienia samej autorki. Bardzo fajny zabieg, że twórca tłumaczy genezę powstawania tytułu. Lubię książki, kiedy pisarz zwraca się bezpośrednio do czytelnika.
Wielki plus za to, że mimo gatunku, fabuła nie opiera się o wielkie rypando na prawo oraz lewo. Tak, tak, tutaj naprawdę jest treść. I to zdecydowanie nie byle jaka. Aż miło się czyta o rodzącym się uczuciu, które musi odeprzeć wszelkie przeszkody stawiane mu na drodze. Nareszcie jest ciekawa fabuła w erotyku. Seks nie jest sprawą priorytetową, a dodatkiem urozmaicającym całą akcję. Naprawdę wielkie brawa.
Kolejnym zaskoczeniem jest Roxie. Po wcześniejszej serii książek Alice Clayton, myślałam że wiem jaka będzie główna bohaterka. Grace nie do końca mi pasowała, ale widziały gały co brały. Jakie było moja zaskoczenie, że Roxie nie jest kłębkiem samych seksualnych myśli. To kobieta z krwi i kości, która owszem myśli o pożądaniu, ale nie jest to jej jedyny cel w życiu. Nie skacze na głęboką wodę, nie oddaje swojego losu w ręce mężczyzny. Wszystkie podejmowane decyzje są przemyślane. Nareszcie nie czułam frustracji oraz zażenowania.
Może teraz o tym co mi przeszkadzało. Jak już wspominałam – rozwój fabuły. Za długi początek, który można by było zdecydowanie skrócić. Nie chodzi o rozwój uczucia, bo tu tempo jest dobre, a o ciągłe użalanie się głównej bohaterki na swój los. Opisy potraw są bardzo ciekawe, jednak czasem przytłaczają ilością. Jakby autorka chciała, na siłę, wypełnić fabularne luki. Trochę nie podobało mi się odniesienie do bohaterów wcześniejszej serii pisarki. Na siłę chciała przypomnieć, że stworzyła serię z Grace Sheridan oraz Jack'iem Hamilton'em. W tej części powiało dla mnie zbytnim parciem na szklany ekran.
Zdecydowanie może denerwować idealność bohaterów książki. Tam wszyscy są boscy, nikt nie ma zmarszczek, a problemy rozwiązują się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiem, że jest to literatura erotyczna, ale zbędne kilogramy, czy mały cellulit jeszcze nikogo nie zabiły. Można by było trochę bardziej uczłowieczyć bohaterów. Szczególnie, że wszyscy są ach i och – really? Do tego dochodzą jeszcze lekko wydumane problemy w relacji Leo i Roxie. Nie zrozum mnie źle, tematy są ciężkie i na pewno nie jedna para sobie z nimi nie poradziła. Denerwuje natomiast tempo rozwiązania konfliktu. Jest problem, pstryk i po sprawie. Nie zdążyłam się nawet zastanowić, co bym zrobiła na miejscu bohaterki, a ona już się z nim dogaduje, a kraina płynie mlekiem i miodem. Taki zabieg jest dość kontrastowy, szczególnie przy przydługich opisach specjałów.
Uważam, że pomysł na treść książki jest rewelacyjny. Życiowy oraz konkretny. Wiem, że pewnie niejedna osoba musiała poradzić sobie w takiej sytuacji. Gdyby lekka nierealność niektórych scen, całość tworzyłaby naprawdę dobrą powieść z posmakiem erotycznym. A takich scen jest trochę. Nie ukrywam, że są bardziej wysmakowane niż we wcześniejszej serii autorki. Czuć żar, namiętność, pikanterię, ale w wysmakowany i niebulwersujący sposób. Nawet „świętoszki” chętnie, z wypiekami na twarzy, sięgną po „Seks i orzeszki”.
Pierwszy tom serii „Hudson Valley” daje początek ciekawej serii, po którą na pewno jeszcze sięgnę. Autorka dała parę wskazówek na dalszą fabułę. Myślę, że wprawne oko czytacza wychwyci dalszy ciąg. Nie jest to w żaden sposób zdradzanie dalszej treści, o nie. Raczej obietnica czegoś ciekawego. Nie mogę się już doczekać kiedy pisarka skończy pisać drugi tom, a ja będę mogła ponownie oddać się lekturze.
Podsumowując, polecam. Nie tylko fankom literatury erotycznej. Także osobom, które potrzebują oderwania się od rzeczywistości i ucieczki w swojskie, wiejskie klimaty. Poczuć wiatr we włosach, słońce na twarzy oraz ekscytującą zapowiedź letnich przygód. Uważam, że każda fanka ciekawych romansów z treścią znajdzie w nowej powieści Alice Clayton coś dla siebie.
Katarzyna Gnacikowska
(katarzyna.gnacikowska@dlalejdis.pl)
Alice Clayton, „Seks i orzeszki”, Bielsko-Biała, Pascal, 2017
Komentarze