Seks, przytulanie i piękne ciała - jaki mają związek z jogą?

Recenzja książki Lucy Edge Najgorsza w szkole jogi.
"Najgorsza w szkole jogi" to autobiograficzna, pamiętnikarska opowieść Lucy Edge - współczesnej yuppie, znudzonej wielkomiejskim blichtrem, nastawionym na "mieć" zamiast "być".

Po dziesięciu kreatywnych latach spędzonych w agencji reklamowej na wymyślaniu sloganów, typu "śpiewające słoneczniki na reklamach margaryny", młoda kobieta powiedziała sobie basta! Porzuciła  dotychczasową, wygodną egzystencję i ruszyła na podbój Indii, by zostać "boginią jogi". Do odważnej wyprawy popchnęła ją nie tylko potrzeba odzyskania duchowego spokoju i osiągnięcia stanu oświecenia, ale także pragnienie uzyskania "preclowatego" ciała, czyli pozbawionego tłuszczu, giętkiego i zgrabnego (marzenie milionów kobiet na całym świecie), którym mogłaby skusić jakiegoś przystojnego Romeo.

Lucy Edge zjeździła Indie niemal wzdłuż i wszerz, testując kolejne szkoły jogi, między innymi w Mysore. Przyjrzała się z bliska sławnemu Osho "guru od seksu" (a właściwie, to zasadom praktykowanym na kanwie jego nauk przez "spadkobierców" duchowych, bo mistrz opuścił już "swoje ciało"). A nawet wtuliła się w kojące (ponoć) ramiona przytulającej Ammy. Autorka odkryła, że w wielu ośrodkach istnieje podobna lista zakazów, np. absolutnie nie wolno jeść czosnku i cebuli (takim nakazem objęłabym środki komunikacji miejskiej w Polsce, zwłaszcza zimą), natomiast bezwzględnie należy: nosić czyste i porządnie uczesane włosy, myć zęby i codziennie zakładać świeże ubranie. Podczas gdy powyższe reguły, wydają się łatwe do realizacji, bo regularnie (mam taką nadzieję) wcielamy je w życie, o tyle pobudka o 5 rano, czyli "zanim jeszcze świat Zachodu zdążył sięgnąć po swoją pierwszą miseczkę płatków kukurydzianych", zwłaszcza w wakacje, to zdecydowanie najtrudniejsze wyzwanie, przynajmniej dla tak zwanych "nocnych marków".

Autorka w zabawny sposób opisała swoje próby zapanowania nad zmorą medytacji - ćitta writti (aktywnością umysłu). Trudno się jednak dziwić, że Lucy nie mogła się skupić, skoro wielu nauczycieli jogi uosabiało ideał męskiej urody, z Mdlejącym Swamim na czele. Zresztą koledzy z sąsiadujących mat o ciałach pięknie wyrzeźbionych za pomocą powtarzanych codziennie asan (pozycji jogi), wcale im pod tym względem nie ustępowali. Czy można osiągnąć stan nirwany, kiedy całą uwagę zamiast "orła" przyciągają "błękitne oczy o spojrzeniu typu chodźmy do łóżka"?

Na drodze do osiągnięcia upragnionego stanu równowagi psychicznej naszej bohaterki stanęli nie tylko faceci, ale również klesie (przeszkody). Ogólnie rzecz ujmując, to wszystkie wkurzające nas sytuacje. Mało kto, poza Gandhim czy Dalajlamą, potrafi zawsze i wszędzie panować nad sobą. Lucy traci panowanie w chwilach typowo ludzkiego zniechęcenia, np. kiedy zostaje otoczona bandą nachalnych taksówkarzy, szukających łatwego zarobku na naiwnych turystach, niepomnych na jej sugestie, że chce pójść pieszo. Prawie każdemu w takiej sytuacji puściłyby nerwy.

"Najgorsza w szkole jogi" nie została dedykowana jedynie miłośnikom jogi. Każdy bowiem znajdzie tu coś dla siebie, jeśli nie zainteresują czytającego różnorodne odmiany jogi, to zapewne zaciekawią realistyczne opisy życia Hindusów. To wciągająca i ciekawa książka o poszukiwaniu duchowości, ale oddana z dużym poczuciem humoru i przyjemną lekkością. Z całą pewnością nadaje się na letnie, leniwe popołudnia, nawet jeśli spędzimy je na hamaku, zamiast w pozycji "drzewa".

Lucy Edge na szczęście nie należy do fanatycznych wyznawczyń jogi, brzydzących się lampką wina (mimo że w niektórych ośrodkach panowała prohibicja) czy przepysznym muffinem (warto zajrzeć na końcowe strony, bo znajduje się tam przepis na ten wyśmienity deser), wręcz przeciwnie. Autorka wydaje się osobą zupełnie normalną, w sensie ludzkich potrzeb, ale nie wyłącznie tych zdrowych, stąd łatwo się z nią identyfikować.

Osoby zainteresowane indyjskimi przygodami, znajdą na ostatnich kartach książki długą listę polecanych przez autorkę szkół jogi. Każdy kto ma zasobny portfel i co najmniej półroczny urlop, może wyruszyć śladami Lucy. Gdybym miała jedno i drugie, po lekturze "Najgorszej w szkole jogi", nie wahałabym się ani chwili, tylko od razu przystąpiła do pakowania walizki.

Żegnam się tradycyjnym indyjskim pozdrowieniem - Namasté (bóg, który jest we mnie, pozdrawiam boga, który jest w was czytelnikach).

Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)

Lucy Edge ,"Najgorsza w szkole jogi", Zysk i S-ka, Poznań 2010


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat