Siła humoru

Recenzja książki „Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami”.
Mann i Materna serwują nam podróż sentymentalno-humorystyczną do miejsc i osób, których już nie spotkacie w takich okolicznościach.

"Zamieszkaliśmy w jednym pokoju. Najpierw z zainteresowaniem obserwowaliśmy młodzieżowy festyn w Radziejowicach, potem kupiliśmy litr wódki – to przecież nie jest cienka książka – i po dwóch godzinach pisaliśmy już bardzo szybko. Raz pisał jeden, raz drugi.” Tak Wojciech Mann i Krzysztof Materna poradzili sobie z problemem, w jaki sposób napisać we dwóch jedną książkę. Ale to był chyba jedyny problem, z jakim mieli do czynienia. Takie wrażenie sprawia sama książka.

Zacznijmy od tytułu. „Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami.” Kto chociaż raz zetknął się z autorami (a nie zetknąć się z nimi w Polsce jest dość trudnym zadaniem, może nie niewykonalnym, ale trudnym) domyśla się,  ile mrugnięcia okiem w stronę czytelnika jest w tym zdaniu. Kto przeczytał książkę, jest o tym przekonany.

Nie jest to opowieść o celebrytach, którzy w świetle fleszy, uciekając przed wścibskimi dziennikarzami, podróżują po świecie. To dwójka wodzirejów z jakiegoś komunistycznego kraju, który leży gdzieś niedaleko ZSRR. Nie są witani wśród tłumu fanów, nie są pozdrawiani przez policjantów skinieniem kapelusza, gdy przejeżdżają zbyt szybko. Nie zawsze nawet dysponują takimi szybkimi samochodami, by przekroczyć dozwoloną prędkość. Nie zawsze mają samochód. Ale ich siłą jest humor. I on jest siłą napędową całej książki.

Można opisać Nowy Jork, Acapulco, Tunezję czy też Lozannę, opowiedzieć o najważniejszych zabytkach, klimacie i regionalnym jedzeniu. Ale to wszystko czytelnik może teoretycznie zobaczyć, dotknąć, zjeść sam. Mann i Materna serwują nam za to podróż sentymentalno-humorystyczną do miejsc i osób, których już nie spotkacie w takich okolicznościach. Jest więc rejs statkiem „Stefan Batory”, kiedy to, jak pisze Wojciech Mann, „przeszliśmy z Polski siermiężnej, ubogiej, niezaopatrzonej, pełnej obrażonych ludzi, do Polski, która była co prawda niewielka, ale oferowała zupełnie nieprawdopodobny – jak dla zwykłego pasażera – serwis oraz jego skalę”. I tak właściwie można opisać wszystkie ich wycieczki. Gdzie kończy się benzyna w najmniej odpowiednim czasie (jeśli takowy może w ogóle być). Albo pieniądze (wtedy należy szybko znaleźć pracę, żadna nie może być zła, nawet ta w laboratorium moczowym…). Ale najważniejsze, że nie kończy się poczucie humoru, dzięki któremu nie liczy się, że w Weronie trzeba spać na jednym łóżku (chociaż podejrzewam, że Maternie było mniej do śmiechu).

Książka nie jest ani autobiografią, ani tym bardziej książką podróżniczą. To zapis anegdotek, przygód, które najlepiej opowiada się przy wspomnianej wódce (która potem, jak się okazuje, przydaje się także przy ich spisywaniu), barwniejsze i pozbawione strachu, jaki w niektórych sytuacjach na pewno był. Wszystko dopełniają fantastyczne zdjęcia, zeskanowane z prywatnych archiwów, które posiadają prawdziwy urok i czar zaklęty w kliszy, a nie bezdusznej karcie pamięci. Taki właśnie urok i czar dawnych czasów autorzy zamknęli w tej książce.

Iwona Kusiak
(iwona.kusiak@dlalejdis.pl)

Wojciech Mann, Krzysztof Materna, „Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami”, Znak, Kraków 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat