Domysły, coraz szybsza gonitwa myśli ukierunkowana tylko w jedną stronę. To szybki początek kameralnych dramatów, które nie ma, co ukrywać, rozgrywają się nawet w najlepszych związkach. Zazdrość w wersji minimalnej ma dobry wpływ na relację dwojga ludzi. Kiedy jednak zaczyna pojawiać się na każdym kroku, a byle drobiazg staje się powodem do wyolbrzymionych interpretacji i oskarżeń, gwarantowane, że uczucie prędzej lub później zacznie gasnąć.
„Anomalie” Grzegorza Krzymianowskiego to obraz właśnie takiej relacji podszytej do cna zazdrością, która zaślepia całkowicie i sprawia, że umysł zaczyna doszukiwać się oznak ewentualnej zdrady bezpodstawnie. W przypadkowo znalezionej czułej dedykacji w książce czy w opakowaniu prezerwatyw, których nie powinno być, tam gdzie zostały znalezione. I nie zostałaby znalezione, gdyby nie wiercące dziurę w głowie i brzuchu myśli, które powodują, że zaufanie umiera, a podejrzliwość każe bez wyrzutów sumienia naruszyć prywatność ukochanej osoby. Co gorsza, takie zapętlenie się pcha do pewnych odwetów, które jednak koją chwilowo tylko jedno sumienie.
„Anomalie” w pewien sposób przerażają. Lektura tej książki boleśnie obnaża bowiem to, co czyha w każdym związku. Tylko że w nielicznych udaje się zapanować nad destrukcyjnymi myślami, które z pewnością nie scalają relacji, ale nakręcają spiralę kłótni, cichych dni, obojętności, a w efekcie często rozstania. Grzegorz Krzymianowski pokazuje, że podszepty „zielonookiego potwora” bywają zwodnicze. I rodzą obsesyjne zachowania. A czasem wystarczyłaby zwykła rozmowa, może kilka...
Katarzyna Stec
(kultura@dlalejdis.pl)
Grzegorz Krzymianowski, „Anomalie”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012
Komentarze