Saga Endera i Saga Cienia – dwie cieszące się na Zachodzie ogromną popularnością serie powieści sci-fi spod pióra Orsona Scotta Carda – dobiegają końca. Po pierwsze, na rynku pojawiają się ostatnie części, po których fanom przyjdzie pożegnać się z ukochanymi bohaterami. Po drugie zaś, dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka fani mogą skolekcjonować książki raz jeszcze, stare okładki zastępując pięknymi, nowoczesnymi i tajemniczymi (projekt Dariusza Kocurka). Tylko czy aby na pewno koniec sag oznacza koniec przygody z Cardem? Jeszcze miesiąc temu powiedziałabym, że owszem. Oto jednak na mojej drodze stanął „Siódmy syn”, czyli pierwsza części Sagi o Alvinie Stwórcy, przedłużenie literackiej przygody ze wspaniałym amerykańskim autorem.
Przyzwyczajona do tego, że powieści Carda przedstawiają świat sci-fi, odległe galaktyki, obce rasy i skomplikowane technologie, od „Siódmego syna” oczekiwałam podobnego klimatu. Okazało się jednak, że tym razem historia wybiega nie w przyszłość, ale w przeszłość. Wracamy do XIX wieku, gdzie ludzie jeszcze wierzą w magię, a w każdej społeczności żyje ktoś z tajemnymi mocami i specjalnymi uzdolnieniami. Z drugiej strony kolonizatorzy starają się zaszczepić w Amerykanach wiarę chrześcijańską i zwalczyć zabobony. Nie jest to łatwe, bo nad pewną rzeką – wbrew mocy posługującej się żywiołem wody – rodzi się siódmy syn siódmego syna. Chłopiec, który potrafi zdecydowanie więcej niż inni.
Gdybym była trochę starsza lub we wczesnych latach życia interesowała się fantastyką, z pewnością wiedziałabym, że Card nie tworzy wyłącznie międzygalaktycznych historii. Ta informacja mnie jednak ominęła, a lektura „Siódmego syna” stanowiła coś nowego, do czego musiałam się przyzwyczaić. Książka oryginalnie została wydana w 1987 roku – dwa lata po „Grze Endera” i dwa lata przed „Cieniem Endera” – co oznacza, że wyobraźnia Carda musiała rozszczepić się na co najmniej trzy światy jednocześnie, licząc również ten prawdziwy. Niesamowite. Co prawda pierwsza część Sagi o Alvinie Stwórcy podobała mi się mniej od poprzednich, ale może to kwestia czasu i sposobu, w jaki historia się rozwinie. Ponadto końcówka została niedokończona w lekko irytujący sposób. Taki, który wręcz wymaga sięgnięcia po kolejny tom i poddaje testowi cierpliwość czytelnika.
Cóż więc mogę wam poradzić? Jeśli czytaliście już „Siódmego syna” i lubicie sagę, z której pochodzi, możecie kupować nowo wydawane książki, by mieć w domu ładną kolekcję. Jeśli nie czytaliście i się wahacie, bo nie wiecie, czy fantasy wypadło tak samo dobrze jak sci-fi, polecam chwilę się wstrzymać i zacząć czytać dopiero wtedy, kiedy na rynku pojawi się druga część. Dwutomowy wycinek świata powinien powiedzieć o historii nieco więcej i – miejmy nadzieję – wynagrodzić nadchodzące rozstanie ze światem Endera.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Orson Scott Card, Siódmy syn, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2016
Komentarze