Książka zapowiada się całkiem nieźle. Spoglądam na minimalistyczną okładkę i pierwsze strony, które wystylizowano na stare księgi biblioteczne, pełne zagnieceń i innych oznak starości. Przez te diabelskie szczegóły sprawia wrażenie dobrej, kojarzonej może nawet z „Cieniem wiatru”. Wrażenie książki o książce, ze światem wypełnionym po brzegi kurzem starych pism. Z tyłu obietnica gęsiej skórki, gorzkiego niedopowiedzenia i otwartej kompozycji. Do tego osobliwy język głównej bohaterki.
Niestety, książkę przeczytałam. Chciałabym móc cofnąć czas i budować wrażenie jedynie na tych estetycznych pierdołach, które odciągnąć mają czytelnika od miernoty uwitej przez autora.
Florence – główna bohaterka ma 12 lat, żyje wraz ze swoim młodszym bratem. Jej rodzice nie żyją, jest wychowywana w starym zamku pod opieką służby, którą zatrudnił jej wuj. Problemem dla dziewczynki staje się fakt, że wuj zrażony do wyemancypowanych i inteligentnych kobiet zabrania jej edukacji, brata zaś posyła do szkoły z internatem. Dziewczynka, głodna wiedzy, odnajduje w domu bibliotekę i sama uczy się czytać. Od tej pory każdą wolną chwilę spędza, czytając powieści najbardziej znanych autorów. Wszystko to oczywiście w tajemnicy przed służbą i opiekunami.
Taka to wartka, zapierająca dech w piersi akcja rysuje się przed czytelnikiem. Ma się ona diametralnie zmienić, kiedy w domu pojawia się nowa guwernantka, pani Taylor. Niestety, od samego początku jesteśmy zapętleni w miałką opowieść, której jedynym atutem mogą być przypisy o powieściach gotyckich Allana Poe, a po obiecywanym punkcie kulminacyjnym nadal nic się nie zmienia. Poza bzdurnymi wątkami fantastyki, typu: chodzenie po wodzie, czy też ukazywanie się w lustrze, nie doświadczymy niczego. Wyłączając uczucie żenady, które potęguje „osobliwa elokwencja Florence”. 12-latka jest bowiem na tyle bystra i inteligentna, że tworzy własną nowomowę. „Opowieściując Was”, „palcowałam książki”, „niepokoił spojrzenia” czy „zeschodkowałam” to tylko niektóre z irytujących lingwistycznych kwiatków Florence. Czasem, gdy już, już byłam skłonna zatopić się w „Siostrzycy”, owe nieociosane słówka wyrywały mnie z transu i przypominały mi o tym, co właściwie trzymam w ręku.
Obiektywnie nie potrafię wymienić ani jednej zalety „Siostrzycy”. Nic nie może jej uchronić przed mianem totalnego niewypału. Ani bohaterowie, którzy są beznadziejnie niezindywidualizowani, ani fabuła, której nie ma, ani poszczególne żałosne wątki, które do nieobecnej fabuły nic nie wnoszą, ani wreszcie siostrzana nowomowa, która przyprawia o mdłości i działa jak płachta na byka. Być może powinnam skierować słowa uznania w stronę autora, że udało stworzyć mu się tak spójną tandetę, lecz wolę skierować je do czytelnika i zapobiec marnotrawieniu czasu na niczym, bo wolałabym spędzić te kilka godzin śpiąc, niż po raz kolejny sięgnąć po „Siostrzycę”.
Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)
John Harding, „Siostrzyca”, Dom Wydawniczy Mała Kurka, 2011
Komentarze