Pomimo faktu niezaliczania się do grupy docelowej jako zagorzała fanka produkcji skandynawskich, nie mogłam nie usłyszeć o „Skam”. Serial odniósł tak duży sukces w Norwegii, że w zagranicznych stacjach obudziła się nieposkromiona wręcz chęć stworzenia własnych wersji formatu, w wyniku czego zeszły rok obrodził aż siedmioma (!) przeróbkami: Skam France, DRUCK Die Serie (Niemcy), SKAM Italia, SKAM Austin (USA), SKAM NL, Skam España i Wtfock (Belgia).
Wszechobecny zachwyt nie zdołał mnie jednak skłonić do obejrzenia choćby odcinka. Byłam bowiem przekonana, że czego, jak czego, ale nastoletnich rozterek nie będę w stanie znieść, choćby w tle nad wyraz często padał śnieg, bohaterowie spędzali większość czasu na łonie zapierającej dech w piersiach natury i jak najczęściej nosili urocze swetry z reniferami. Kiedy więc usłyszałam o pomyśle wydania scenariuszy, stwierdziłam, że ich lektura powinna raz na zawsze rozwiać wszelkie wątpliwości. Czy moje obawy okazały się bezpodstawne, a młodzi Norwegowie nie okazali się równie makabrycznie irytujący, co ich równolatkowie z innych krajów?
Niestety, bazując na suchym tekście Julie Andem, mogę odetchnąć z ulgą i stwierdzić, że moje przeczucie mnie nie zawiodło. Zupełnie nie trafił do mnie styl, przemycane w notatkach natarczywe pragnienie bycia „cool” i poczucie humoru autorki. Nie licząc różnic kulturowych (obsesja na punkcie organizacji autobusu wiozącego uczniów na imprezę maturalną?!), „Skam” nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych/starszych opowieści młodzieżowych. Żadna z postaci nie wzbudziła we mnie sympatii na tyle, abym chciała poznać jej dalsze losy. Większość sztucznie wykreowanych problemów wynika z głupich niedomówień, infantylnych wygłupów, równie misternych, co bezsensownych planów i burzy hormonów, która z jednej strony krzyczy „jesteś dorosły”, a z drugiej „nie myśl o konsekwencjach”. Dorzucając do tego wyzwolenie seksualne, jednoznaczne z sypianiem z połową szkoły, „podkradaniem” dziewczyn/chłopaków i bójkami o obiekt westchnień, naprawdę ciężko mi zrozumieć, na czym polega fenomen tej serii.
Oczywiście, serial ma tę zaletę, że może sporo upiększyć poprzez odpowiednią dobraną muzykę, dobre aktorstwo, sprawny montaż i miłą dla oka warstwę wizualną, jednak pod względem fabularnym nie znalazłam w „Skam. Sezon 1: Eva” niczego, co przekonałoby mnie o wyjątkowości opowiadanej historii. Dialogi i budowanie postaci to podstawa, bez której nie da się stworzyć czegoś, co nie będzie kolejną ładnie opakowaną wydmuszką do obejrzenia i puszczenia w niepamięć.
W ostatecznym rozrachunku myślę więc, że „Skam. Sezon 1: Eva” jest, co prawda, bardzo estetycznie wydaną, ale przeznaczoną wyłącznie dla zdeklarowanych fanów serialu pozycją, w której odnajdą oni sporo materiałów dodatkowych.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Julie Andem, „Skam. Sezon1: Eva”, Poznań, Wydawnictwo Rebis, 2019 r.
Komentarze