Jeden z głównych bohaterów – Konrad – to mąż, ojciec, pracownik. Ma ustabilizowaną sytuację i w miarę poukładane życie. Kocha swoje dzieci, ale z żoną układa mu się, delikatnie mówiąc, średnio. Ba! Żona go zdradza, a i on szuka pocieszenia w ramionach sąsiadki. W tak zwanym międzyczasie, narrator opowiada nam o dzieciństwie i młodości Konrada. O tym, jak urodził się bez ojca, który nie chciał go znać, o tym jak dzieci naśmiewały się z niego w szkole, w końcu o tym, jak jego schorowany ojciec postanawia odnowić kontakty z synem. I wbrew zdrowemu rozsądkowi, nasz bohater, choć początkowo nieufny, pada ojcu w ramiona. Fabuła tej książki to jeden wielki przegięty kicz. Schemat, który został już chyba na wszelkie sposoby wyeksploatowany. Przede wszystkim w telenowelach brazylijskich, wenezuelskich czy amerykańskich. I tutaj chyba odzywa się kanadyjskie życie autorki, postaci jej książki bowiem, dziwnie do Polski nie przystają i nie pasują.
Bohaterowie książki – wszyscy bez wyjątku – nie dali mi się polubić. Podejmują w swoim życiu głupie decyzje, wszystko zwalają na innych. Nie potrafią ponieść konsekwencji swoich czynów. Nie potrafią przyjąć odpowiedzialności za siebie i za to, co robią.
Język powieści mnie zmęczył. Miejscami czułam się, jakbym czytała pozytywistyczną nowelkę. Pomijając samą, jakże banalną, fabułę i naprawdę papierowych, i mocno nierealnych bohaterów, pomijając kiczowatą okładkę, która na myśl przywodzi tylko tanie romanse, pomijając to wszystko i próbując, naprawdę próbując, znaleźć w książce coś pozytywnego – nie udało mi się.
Na „Boczną uliczkę” po prostu szkoda czasu. Naprawdę. Kocham książki i sama się dziwię, że to piszę, ale lepiej pójść do kina, niż wertować ten ślepy zaułek.
Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)
Eva Gudrymowicz – Schiller, „Boczna uliczka”, Wydawnictwo Papierowy Motyl, Warszawa 2010
Komentarze