Charlaine Harris znana jest głównie z zaadaptowanego na serial HBO cyklu o wabiku na wampiry i inne nadnaturalne stwory w osobie Sookie Stackhouse. W serii o Aurorze Teegarden, małomiasteczkowej bibliotekarce, nie znajdziemy ani bryzgającej na wszystkie strony posoki, ani wyuzdanego seksu, ani pachnącego bagnistym zalewiskiem klimatu Południa. „Słodkich snów”, czyli dziesiąty tom z kolei, oferuje nam w zamian sielankową wizję macierzyństwa bez żadnych problemów finansowych, która w dość równych odstępach czasu przerywana jest coraz bardziej absurdalnymi incydentami.
Robin i Aurora zaledwie rok temu wzięli ślub, a teraz są świeżo upieczonymi rodzicami i nie potrafią oderwać wzroku od swego rudowłosego maleństwa imieniem Sophie. Krótko po porodzie małżeństwo korzystało z pomocy młodej, ale wykwalifikowanej i polecanej przez wszystkich niani Virginii. Kiedy okazuje się, że Robin, autor poczytnych kryminałów, musi wyjechać z Lawrenceton na rozdanie nagród w czasie, gdy jego żonę rozłożyła choroba. Pewnej burzowej nocy Aurorę budzi płacz córeczki dochodzący z pozostawionej tuż przy jej głowie elektronicznej niańki. Wycieńczona grypą pani domu jest zszokowana nieobecnością swej (zdawałoby się zaufanej) pracownicy i wraz z przyrodnim bratem Phillipem rozpoczyna przeszukiwanie posiadłości. Zamiast zagubionej opiekunki rodzeństwo znajduje w ogrodzie zwłoki nikomu nieznanej kobiety z nożem w ręku. Aurorę najbardziej przeraża fakt, iż denatka ułożona jest w pozycji, w jakiej zazwyczaj śpi Sophie.
To dopiero początek dramatów z pozornie spokojnego przedmieścia, w którym dochodzi nie tylko do kąśliwych uwag i udawanych uprzejmości, ale również strzelanin, porwań, kradzieży, prześladowań i morderstw. Autorka stara się, jak może, żeby non stop coś się działo lub pojawiał się ktoś nowy, bez względu na to czy dana postać jest do czegokolwiek potrzebna, czy też nie, czym niestety nie skupia uwagi czytelnika, a jedynie wywołuje poczucie wszechogarniającego chaosu i pogłębiającego się z każdym rozdziałem znużenia. Naprawdę ciężko się czyta powieść z tak dużą ilością doskonale zbędnych bohaterów i zagmatwanych rodzinno - przyjacielskich powiązań między nimi.
Mając do czynienia z powieścią kryminalną, teoretycznie mogłoby się wydawać, że tajemnicze morderstwo będzie główną osią wydarzeń. Jednak z racji, iż większość czasu spędzamy ze snującą się od przewijaka do łóżka Aurorą, docierają do nas zaledwie skrawkowe informacje, przez co nie ma szans na samodzielne złożenie puzzli w całość do ostatnich dwudziestu stron. Na domiar złego sprawa zaginięcia Virginii zostaje rozwiązana w delikatnie mówiąc łopatologiczny sposób. Można odnieść wrażenie, że Charlaine Harris skończyły się pomysły na dalsze motanie wątków, więc postanowiła pójść na mało satysfakcjonujący dla czytelników skrót, co okazało się dla „Słodkich snów” przysłowiowym gwoździem do trumny.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Charlaine Harris, „Słodkich snów”, Zakrzewo, Wydawnictwo Replika, 2018 r.
Komentarze