Jest sztampowa i bardzo schematyczna, ale jednocześnie sympatyczna. Lekka i przyjemna, ale bez polotu. O prostym, dobrym pomyśle, ale z niewykorzystanym potencjałem.
Ala ma wszystko, czego potrzebuje młoda kobieta – stałego partnera, dobrze płatną pracę i tanie mieszkanie, ale to wszystko pęka jak bańka mydlana, kiedy Robert postanawia wyjechać do pracy za granicę, praca się kończy, a do mieszkania wprowadza się czarnoskóry Salvadore. Do tego dochodzi jeszcze wścibska sąsiadka i nadopiekuńcza mama. Znajome? Oj, bardzo. W co drugiej książce polskiej autorki jest taki sam schemat. Biedna, doświadczona przez los dziewczyna musi odnaleźć spokój i szczęście. Po drodze spotyka cudownego faceta i wszystko się układa idealnie.
Język powieści jest prosty, a coś takiego, jak indywidualizacja językowa nie istnieje. Od strony formalnej wszystko jest w porządku, ale też nic nas nie zaskoczy.
Bohaterowie są niesamowicie zwykli. Nie ma w nich nic, co odróżniałoby ich od tysięcy innych. Ala jest jedną z wielu współczesnych kobiet, jej matka jedną z tysięcy matek. Nawet wścibska sąsiadka jest taka sama, jak pani, która mieszka w moim bloku. Kubilus chyba chciała, żeby czytelnik czuł się „jak u siebie”, żeby można było się utożsamić z bohaterami, ale jedyne co osiągnęła to to, że czytając o perypetiach bohaterki, myślę tylko o tym, że to już gdzieś było. Tak naprawdę najbardziej barwną, sympatyczną i ciekawą postacią jest gadatliwy mały chłopczyk i jego siostrzyczka.
Kubilus napisała książkę lekką i przyjemną, ale nie jestem pewna, czy wieczór przeznaczony na jej przeczytanie nie był zmarnowany. Jedno jest pewne – scenarzyści polskich komedii romantycznych powinni się jej bliżej przyjrzeć. Powstać może idealny film, który rozbawi, zaciekawi, ale też nie pozostanie za długo w pamięci widzów, tak samo jak niedługo w mojej pamięci zagości powieść „Jak zjeść słonia.”
Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)
Karolina Kubilus, „Jak zjeść słonia”, Replika 2012
Komentarze