W świecie show biznesu nie brakuje osób, które nie tylko ze względów finansowych chcą wykazać się więcej niż jednym talentem. Modelki próbują sił w aktorstwie, aktorzy biorą się za reżyserkę, scenarzyści piszą książki, a muzycy wypuszczają własne linie produktów. Nierzadko wniosek jest taki, że trzeba było poprzestać na jednej rzeczy i nie starać się na siłę pokazać, że jest się człowiekiem renesansu, bo wychodzi z tego raczej niestrawny barok. Z tego powodu generalnie niechętnie podchodzę do szeroko pojętej literatury celebryckiej.
Niemniej, tym razem z kilku względów zrobiłam wyjątek. Postać Stanleya Tucciego jest mi znana i lubiana z kilku filmów i seriali. Nie jestem może zagorzałą i śledzącą każdy nowy projekt fanką, ale uważam, że całkiem nieźle sprawdza się w swoim zawodzie. Co więcej, o ile mnie pamięć nie myli (ostatnio odświeżałam jedynie „Julie i Julię”), w każdej z obejrzanych przez mnie produkcji pojawiała się znacząca scena, w której grany przez niego bohater coś jadł (z najgorszym skutkiem w „Fortitude”). W związku z tym i faktem, iż aktor jest z pochodzenia Włochem, a nacja ta słynie z umiłowania walorów smakowych, wcale nie dziwi mnie, że postanowił napisać książkę, której centralnym punktem będzie właśnie jedzenie.
Polski tytuł „Smak. Życie i jedzenie” całkiem nieźle oddaje przesłanie tej niewielkiej, ale bogatej w treść pozycji, przy czym myślę, że w oryginale jest to ujęte jeszcze lepiej – „Taste. My Life Through Food”. Jest to literatura zarówno pamiętnikarska, jak i kulinarna, a te dwie części zazębiają się tak mocno, że trudno stwierdzić, gdzie kończy się jedna, a zaczyna duga. Poznajemy Stanleya Tucciego począwszy od dzieciństwa w małym miasteczku, przez dorastanie i początki kariery aktorskiej, dwa małżeństwa i życie na planie aż po starcie z chorobą, która praktycznie odebrała mu to, co w życiu ceni najbardziej. Jest to podróż przyjemna i smakowita, okraszona w większości prostymi przepisami na dania w sam raz dla mnie, czyli kogoś, kto stosunkowo niedawno przekonał się do makaronów i nie przepada za przekombinowanym jedzeniem. Osoby pijące alkohol docenią również receptury drinków.
Rozdziały są krótkie, a styl bardzo obrazowy, dzięki czemu łatwo można przenieść się oczyma wyobraźni w sam środek opisywanej historii. Tekst czyta się szybko i bez większych potknięć – wyjątkiem jest sytuacja, w której pomieszały mi się domy i już nie wiedziałam, czy mowa jest o rodzinnym domu Stanleya Juniora, czyli de facto Seniora, czy też obecnym domu tego pierwszego. Tłumaczenie Małgorzaty Glasenapp dobrze oddaje ironiczne, miejscami dość czarne i kontrowersyjne poczucie humoru autora. Dzieli się on z nami swoim spojrzeniem na jedzenie i życie, o samych filmach jest tutaj niewiele. Pojawia się jednak kilka jedzeniowych smaczków zza kulis i porównanie tego, jak w różnych krajach organizowana jest jakże ważna dla Tucciego kwestia cateringu na planie.
„Smak. Życie i jedzenie” to wysmakowana pozycja pełna kulinarnej nostalgii i wiedzy na temat tego, jak najlepiej ugościć oraz… najłatwiej rozzłościć przy stole pewnego Włocha. Z jednej strony trudno ją odłożyć, bo chcemy wiedzieć, co będzie dalej i najchętniej wciągnęlibyśmy ją na raz jak pachnący obiad. Z drugiej, o ile nie czytamy w środku nocy, a może właśnie dlatego, aż kusi, żeby rzucić wszystko i zaraz wypróbować zamieszczone przepisy.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Stanley Tucci, „Smak. Życie i jedzenie”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2023r.
Komentarze