„Śmierć na osiedlu” – recenzja

Recenzja książki „Śmierć na osiedlu”.
„Co się dzieje na tym osiedlu? Nie rozumiem. Mamy piękne lato, a wszyscy chyba zwariowali”.

Zazwyczaj ofiarami w kryminałach są osoby pozornie niewinne, takie, które zdają się mieć jedynie pecha znaleźć się w złym czasie w złym miejscu. Co jednak stanie się, gdy sytuację odwrócimy i nasz denat jest osobą, po której praktycznie nikt nie zapłacze i której prawie każdy życzył jak najgorzej? Tak właśnie wygląda punkt wyjścia „Śmierci na osiedlu” Marcina Bartosza Łukasiewicza.

Zygmunt Baranowski to człowiek z piekła rodem. Zdradzający mąż, niekochany ojciec i  prezes spółdzielni, który zatruwa życie każdemu mieszkańcowi należącego do niej osiedla w coraz bardziej absurdalny sposób. Samo wyjście na jaw jego śmierci doskonale świadczy o tym, jaki był stosunek otoczenia do jego osoby. Zygmunt był bowiem nielubiany do tego stopnia, że jego zgon na ławce odkryty zostaje, dopiero gdy kopnięta przez dziecko piłka trafia go w  głowę, powodując upadek na twarz, bo wcześniej nikt sam z siebie nie ważył się zbliżyć. W końcu zbiegają się mieszkańcy i nie do końca kompetentni policjanci, ale to niespełna osiemnastoletnia Hania praktycznie przejmuje śledztwo mające na celu odkrycie, kto wyświadczył pozostałym przysługę.

Książka utrzymana jest w żartobliwym tonie i specyficznym klimacie osiedla, które zdaje się zatrzymane w czasie. W zasadzie, wycinając wzmiankę o smartfonie, równie dobrze akcja mogłaby być osadzona co najmniej 30 lat temu. Większość zachowań naszych bohaterów, jak i ich imion (i mebli) wydaje się jak z innej epoki, a sceny ze spółdzielni to już czysty PRL, gdzie czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy.

Zgodnie z konwencją komedii nie ma tu zbyt rozbudowanej warstwy psychologicznej. Bohaterowie mają stałe przypisane łatki, których z jednym niewielkim wyjątkiem do końca się nie pozbywają – jest nawet postać, która przez całą książkę nic nie mówi, a jedynie mruczy, co jest potem „tłumaczone” dla nas czytelników przez jego kolegę. Wątek kryminalny toczy się w może nie emocjonującym, ale stabilnym tempie przetykanym kilkoma retrospekcjami przedstawiającymi, jak wielkim utrapieniem był Zygmunt za życia oraz moim zdaniem doskonale zbędnym zapychaczem w postaci rozmów telefonicznych z koleżanką Hani. Całość wieńczy mały, ale satysfakcjonujący twist.

Ostatecznie lektura szybko mija, bo sporą część zajmują dialogi, a prawie każdy rozdział kończy się cliffhangerem powodującym, że chcemy przeczytać, co wydarzy się dalej. Myślę więc, że książka sprawdzi się jako wakacyjne, lekkie czytadło do plecaka, a osoby mieszkające w podobnym miejscu pewnie jeszcze bardziej docenią warstwę satyryczną.

Izabela Fidut

Marcin B. Łukasiewicz, „Śmierć na osiedlu”, Wydawnictwo Flow, Gdańsk, 2026.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat