Tym razem, jak i wielu innych przypadkach u tego twórcy, bohaterem powieści jest nie tylko zawile wymyślona zagadka kryminalna, ale także znany już czytelnikom emerytowany komisarz policji Van Veeteren. Zbliżający się do swoich siedemdziesiątych piątych urodzin komisarz nadal jest w dobrej formie. Regularnie gra w szachy, prowadzi antykwariat, a sens jego życia nadaje mu ukochana żona Ulrika. Jak dowiadujemy się na samym początku, w najbliższym czasie Van Veerten planuje obejść swoje urodziny. By uniknąć krępujących odwiedzin i koniecznych imprez z tym związanych, przyszły jubilat informuje nieliczną rodzinę i znajomych o planowanej wycieczce do Nowej Zelandii. Naprawdę jednak chce wyjechać z żoną do niewielkiego pensjonatu w małej miejscowości. Wszystko idzie zgodnie z planem, do momentu gdy odzywa się stary znajomy i współpracownik z policji. Śledztwo sprzed wielu lat, które było zostało zamknięte z powodu oczywistych dowodów i znalezienia sprawcy, okazuje się być nadal otwartym. Zostaje odnaleziona nowa ofiara, której historia nierozerwalnie wiąże się z wydarzeniami z dalekiej przeszłości. Traf chce, że akurat przypadkiem cała akcja związana z nowym-starym śledztwem wydarzyła się w okolicy w której Van Veeteren planował spędzić urodziny. W związku z tym nasz bohater udaje się w kolejną podróż, a czytelnik towarzyszy w niej zarówno komisarzowi jak i poznaje tragiczne okoliczności wydarzeń sprzed lat.
„Stowarzyszenie leworęcznych” to świetnie napisany kryminał. Napięcie budowane jest stopniowo. Ponieważ w całym wątku sensacycjnym bohaterów jest prawie cała grupka ( tytułowe „Stowarzyszenie Leworęcznych”), wnikamy w przeszłość różnych osób. Początki całej historii sięgają lokalnej szkoły podstawowej w której tępiono mańkutów. Dwójka leworęcznych chłopaków postanawia więc założyć własne stowarzyszenie, by zacieśnić więzy i wzmocnić poczucie wartości. Ostatecznie ten szczególny klub będzie liczył kilka osób i dołączą do niego nawet dziewczyny. Głupi i okrutny pomysł na zarobienie szybkiej gotówki przeistoczy się w tragedię, której ślad odciśnie się na życiu każdego z nich. Czytelnikowi początkowo wydaje się, że motywy działania poszczególnych osób są bardzo oczywiste, lecz w miarę poznawania kolejnych dowodów, nic nie wydaje się być takie proste. Van Veeteren początkowo prowadzi swoje śledztwo półoficjalnie. W małej miejscowości jednak trudno jest ukryć tajemnicę. Dążąc do poznania prawdy, wkracza więc na arenę lokalnej policji i notabli. Mimo pozornej prostoty, jak się okaże, wątków będzie wiele i wiele tajemnic z dawna wyjdzie na jaw. Niektóre będą małe, inne wręcz szokujące. Jeśli chcecie więc zanurzyć się w powolną rzeczywistość niderlandzkiego miasta oraz poznać tamtejszych mieszkanców, o jak się okazuje, niejednoznacznej przeszłości, sięgnijcie po „Stowarzyszenie Leworęcznych”. Nesser jak zwykle nie zawodzi!
Agnieszka Pater
(agnieszka.pater@dlalejdis.pl)
Hakan Nesser, „Stowarzyszenie Leworęcznych”, wydawnictwo Czarna Owca, 2020
Komentarze