„Stracona” – recenzja

Recenzja książki „Stracona”.
„Chuć doszczętnie pomieszała mi rozum. Straciłam apetyt. Myślałam tylko o jednym”.

Blurb „Straconej” obiecywał, że będzie to „Wstrząsająca reinterpretacja prawdziwego procesu sądowego z XVII wieku”, jednak ostatecznie jest to fikcyjna historia inspirowana wydarzeniem z 26 sierpnia 1689 roku. Mowa o zabójstwie Jamesa Forrestera, poważanego ziemianina i zarazem wuja oskarżonej o romans z nim i przebicie go szablą lady Christian Nimmo. Jej postać jest w Szkocji kimś na kształt naszej Białej Damy, która podobno wciąż nawiedza lasy Corstorphine (wówczas wioska, obecnie część Edynburga).

W prawdziwym życiu ich kazirodczy związek trwał znacznie dłużej, mieli razem nieślubne dziecko i nie było żadnych wątpliwości co do winy lady Christian. Kate Foster nie miała jednak zamiaru pisać książki stricte biograficznej lub historycznej, a jedynie chciała wykorzystać tę postać do pokazania, jak w końcówce XVII wieku (prawdopodobnie) wyglądało życie kobiet zarówno tych z wyższych, jak i niższych klas społecznych. Aby spełnić te ambitne plany, „Stracona” otrzymuje drugą, w 100% fikcyjną, główną bohaterkę w osobie Violet Blyth, sprytnej prostytutki z Edynburga, którą pewnego dnia spotyka James i wynajmuje na okrągły miesiąc.

Nie będzie tu jednak barokowej wersji „Pretty Woman”, bo James posiada zwierzęcy apetyt i nie ma problemu, aby sypiać z trzema (lub więcej) kobietami jednocześnie praktycznie na oczach schorowanej żony. Mężczyzna ma również mroczną i agresywną naturę, którą lepiej poznajemy właśnie dzięki perspektywie Violet. Oprócz dwóch narratorek mamy również dwie linie czasowe: jedna ma miejsce po procesie w październiku 1689 roku, a druga rozpoczyna się mniej więcej rok wcześniej, kiedy Violet wciąż pracuje w edynburskim burdelu, a lady Christian jest naiwną, nastoletnią arystokratką, której bolączką jest kompleks niższości względem młodszej, ładniejszej i wychodzącej wkrótce za mąż siostry.

Co prawda, wielopłaszczyznowość dodaje tej opowieści nieco energii, jednak pomimo opisów otaczającej przyrody świat „Straconej” jest przesycony smutkiem, brudem i beznadzieją. Postaci mimo rzadkich chwil, w których można im współczuć, są wręcz odstręczające. Osobiście byłam bardzo rozczarowana faktem, iż nie otrzymujemy więcej scen z samego procesu. To nim jest promowana ta pozycja i moim zdaniem to on powinien stanowić moment kulminacyjny, w którym dojdzie do starcia stron oskarżenia i obrony, jak i naszych bohaterek. Wydaje się, że autorce bardzo zależało na pokazaniu, że kobietom wówczas było źle, ale starała się uniknąć sytuacji, w której można byłoby jednoznacznie stwierdzić, że było źle nie tylko z powodu mężczyzn, ale również innych kobiet.

Na plus zaliczam odwołanie do realiów epoki – maski wstydu, stołki pokutne i dziewica, czyli prototyp gilotyny wspomniany w oryginalnym tytule „The Maiden”. Jest tu jednak potknięcie w postaci pasa miesięcznego, który pojawił się dopiero dwa wieki później, więc nikt w XVII-wiecznym zamku nie mógłby go używać.

Podsumowując, „Stracona” nie była tym, czego się spodziewałam. Przestępstwo, do którego dochodzi, jest jedynie punktem wyjścia dla powieści obyczajowo-erotycznej, a wiele ciekawych faktów zostaje pominiętych na rzecz rozbuchanej fikcji literackiej.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

„Stracona”, Kate Foster, Wydawnictwo Kobiece, Białystok, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat