„Stracone pokolenia czyli co robią studenci za Twoje pieniądze” - recenzja

Recenzja książki „Stracone pokolenia czyli co robią studenci za Twoje pieniądze”.
„Rzadko się trafiał belfer z prawdziwego zdarzenia”

Przez chwilę zastanawiałam się, o czym właściwie jest ta książka. W zasadzie wszystko mi się zgadzało: świat studentów, kombinowanie, jak zdać egzamin bez nauki albo przy jej minimalnych nakładach i jak skończyć edukację z tytułem magistra lub choć inżyniera. Tyle tylko, że pomiędzy kolejnymi libacjami alkoholowymi (nic nowego), opisem studenckich pomysłów na egzamin (również nic nowego) czy liczeniu punktów ECTS (to akurat mnie ominęło) są niekończące się historie o złych wykładowcach (czyli znowu nic nowego). To co tu jest nowego?

Jan Nowicki, nazywający się dokładnie tak, jak pewien aktor, jest studentem na politechnice. To dzięki niemu poznałam współczesny świat studentów, którzy rzadko mieszkają w akademikach, a wynajmują mieszkania lub - jak nasz bohater - są na utrzymaniu rodziców i z nimi mieszkają. Czym się zajmuje student? Tym, co zwykle: na pewno nie nauką, ponieważ tylko dzięki sprytowi, kilku kupionym pracom i łapówkom w różnej postaci, udaje mu się zaliczyć kolejny semestr. Ważne, aby na warunki pozwalały magiczne punkty ECTS. I mam wrażenie, że tylko dzięki tym punktom mamy nadal w miarę odpowiedzialnych studentów.

Studentów, którym nie chce się studiować, którzy traktują studia jako kilkuletnie przedłużenie „dzieciństwa”, oczywiście na koszt rodziców. Imprezy są również ceną tej edukacji. Praca? No, może, jeśli faktycznie są potrzebne dodatkowe pieniądze, czyli wtedy, gdy kasa od sponsorów tego projektu właściwie się kończy. A, tak, bo rodzice są sponsorami, a jednocześnie to ich ambicja pcha dzieci do studiowania, mimo że one same nie chcą. Ale też nie przyznają się do tego, bo nie chcą też iść do byle jakiej pracy. Wzruszające było zaskoczenie autora, gdy się okazało, że razem z nim pracuje kilka osób po studiach ekonomicznych. On by wolał pracę zgodną z zainteresowaniami, lepiej płatną, oni z kolei dokładnie sobie przekalkulowali i wolą mniejszą odpowiedzialność.

Warto również wspomnieć, że studenci nie cenią wykładowców, choć na wykłady raczej nie chodzą. Niby mówią, że ci najbardziej wymagający czegoś ich nauczyli, ale nie ma to z kolei przełożenia na oceny. Trzeba zdać egzamin czy zdobyć zaliczenie? Student się trzyma wszystkiego: kupi pracę, ściągnie na egzaminie, przyjdzie z butelką whisky po zaliczenie, a jak trzeba będzie, to i na działkę wykładowcy pojedzie.

To pokazuje, że studiowanie jest w sumie patogennym procesem, gdzie od dawna nie chodzi o naukę, bo i sam tytuł inżyniera i magistra się zdewaluowały. Studenci tkwią na studiach, bo udają, że się uczą, wykładowcy natomiast niejednokrotnie stają na rzęsach, żeby jednak na studentach wymusić choć elementarną wiedzę. Jak to się kończy-wiemy. Mamy tysiące absolwentów, którzy kończą Wyższe Szkoły Gotowania na Gazie i których w pracy trzeba uczyć wszystkiego od początku.

Mój polonista w liceum powtarzał, że nie wszyscy muszą mieć magistra. Takie samo zdanie ma autor, tylko nie ma odwagi powiedzieć tego nawet rodzicom. Będziemy więc dalej produkować magistrów z dyplomem, ale bez wiedzy czy choćby cienia chęci do nauki. Brawo my.

Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)

Jan Nowicki, „Stracone pokolenia, czyli co robią studenci za Twoje pieniądze”, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia, 2020



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat