Gdzieś pośród australijskiego, spieczonego skwarem pustkowia żyją zajmujący się wypasem bydła Brightowie. Na wielkiej, rodzinnej farmie mieszka matka, średni syn Cameron, jego żona i dwie córki oraz najmłodszy, dobiegający trzydziestki przedstawiciel drugiego pokolenia Lee, zwany pieszczotliwie Bubem. Najstarszy syn, toczący batalię rozwodową i walkę o prawa do widzenia dziecka, Nathan, ma dom po sąsiedzku, czytaj: oddalony o trzy godziny drogi.
Pewnego dnia na odludziu zostaje znalezione ciało Camerona. Jego śmierć nie ma sensu. W porzuconym samochodzie znajdowały się ogromne zapasy wody i pożywienia, a on sam nie wydawał się osobą, która sama z siebie opuściłaby klimatyzowany pojazd, nie wzywając przez radio pomocy ani tym bardziej nie postanowiłaby w tak okropny sposób popełnić samobójstwa. Wszystko to sprawia, że Nathan nabiera podejrzeń względem bliskich i zatrudnianych przez nich pracowników.
Wbrew pozorom kwestia odkrycia prawdy na temat podejrzanych okoliczności zgonu Camerona szybko schodzi na dalszy plan. Pierwsze skrzypce grają tu zamierzchłe sekrety, samotność i wszechogarniający smutek. Nie ma ani chwili oddechu od ciężkiej, smętnej atmosfery, którą pogłębiają rozciągane w nieskończoność sceny i dialogi budowane na zasadzie wielokrotnego powtarzania tej samej kwestii, aby udręczony monotonią, odpływający umysł czytelnika na pewno zanotował kolejne, niekoniecznie wnoszące powiew świeżości fakty. Prawdę mówiąc, nie ma ich nawet na tyle dużo, aby można mówić o jakimkolwiek napięciu w rozwoju akcji, nie mówiąc o zawężaniu potencjalnej puli podejrzanych. Od początku wiadomo, że ta sprawa w ten, czy inny sposób ostatecznie zamknie się w wąskim kręgu rodzinnym.
Uczucie zmęczenia i senności potęgowały u mnie dodatkowo opisy upalnych temperatur. Jako osoba, która najchętniej udawałaby się w sen letni, nie pierwszy raz starałam się przekonać do historii osadzonej w cieplejszym klimacie i niestety muszę uznać, że jest to przegrana sprawa. Sam fakt czytania o spoconych ciałach czy oblepionych piachem i brudem mokrych ubraniach wzbudzał we mnie negatywne odczucia.
Zwykle w powieściach, w których akcja dzieje się w okolicach świąt Bożego Narodzenia, motyw ten jest wykorzystywany do podkreślenia kontrastu między ciepłym, rodzinnym i nostalgicznym świętem a tragicznymi wydarzeniami. Australijskie książki i seriale najwyraźniej są z niego wyzute. Również w przypadku „Straconego” miałam poczucie, że wybór czasu akcji był równie znaczący, co powieszenie przez Brightów światełek, które i tak nie spełniały swej funkcji z racji oślepiającego słońca.
Czas spędzony na lekturze książki Jane Harper najlepiej określa jej tytuł. Być może miałam za duże oczekiwania, ale nie porwała mnie ona pod żadnym względem, ani fabuły, ani postaci, ani klimatu. Jedyne, co mogę pochwalić, to estetyczna okładka.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Jane Harper, „Stracony”, Warszawa, Wydawnictwo Czarna Owca, 2020 r.
Komentarze