Ewa ma wszystkie cechy rasowej Wrednej Suki: odniosła oszałamiający sukces jako szefowa prestiżowego czasopisma „TopWoman”, jest perfekcjonistką w każdym calu, bez skrupułów wyraża swoje zdanie na temat jakości pracy współpracowników. Podczas nowojorskich Tygodni Mody siedzi w pierwszym rzędzie, a jej niezawodna intuicja i wyczucie trendów zapewniają jej przychylność zarówno czytelniczek, jak i zarządu. Wprowadza rewolucyjne zmiany, nie boi się wyzwań, nigdy nie wątpi w słuszność swoich biznesowych decyzji, choć zewsząd słychać pomruki niezadowolenia. Dlatego zatrudnia w swoim piśmie ambitną pisarkę Adelę i ekscentryczną malarkę Ketę, żeby obok reklam ekskluzywnych kosmetyków kobiety mogły znaleźć odrobinę literatury „na poziomie”, zilustrowanej rysunkami „na poziomie”. Wspólna praca sprawia, że kobiety nawiązują nić porozumienia, która przybiera kształt ostrożnej przyjaźni. Każda z nich ma bowiem swoją bolesną historię, która ukształtowała je i wpłynęła na reprezentowany poziom „suczowatości”. Niezłą suką jest Gabrysia Mżawka, do której jednak o wiele bardziej pasują przydomki Wścibska Suka i Bezczelna Suka, bo w końcu to ona potrafi wyniuchać najlepszego newsa i wyciągnąć najpikantniejsze historie.
Krystyna Kofta nigdy nie kryła się ze swoimi feministycznymi poglądami. Pisarka i publicystka wielokrotnie podkreślała, że w Polsce feminizm dopiero raczkuje, że jest jeszcze wiele do zrobienia w temacie równouprawnienia, parytetów, zerwanie z ideą „szklanego sufitu”. „Suki” to książka o kobietach, którym udało się wejść do świata do niedawna zarezerwowanego dla mężczyzn, które jednak płacą wysoką cenę za realizację własnych marzeń. Czyżby więc Krystyna Kofta przestała wierzyć w głoszone przez siebie idee? Raczej nie, bo nadal można odbierać książkę jako manifestację siły kobiet, jednak niepokojąco przypomina ona głośno komentowaną kampanię społeczną o kobietach, które zdążyły znaleźć pracę i pojechać do Tokio, ale nie zdążyły urodzić dziecka. Przy całym swoim wojującym feminizmie Kofta trochę za bardzo przerysowała rzeczywistość, przez co jej postaci są bardziej groteskowe niż autentyczne, bo i tak największym pragnieniem Ewy jest odnaleźć syna, oddanego przed laty do adopcji.
„Suki” to książka niezbyt udana. Brak tu spójnej, sensownej historii, to raczej kilka opowiadań połączonych relacjami między bohaterami, przeplatanych felietonowymi wtrętami na temat „suk”, niesprawiedliwości świata, narkotyków i psychoterapii. Bo obowiązkowo Suka musi pić, ćpać i leczyć się u znanego psychiatry - została zniszczona przez życie i mężczyzn, a jej relacje dalekie są od wzorcowych. Do pełnego stereotypu „Wrednej Suki” trzeba też koniecznie dodać to, że zamiast kawioru i szampana tak naprawdę woli pajdę wiejskiego chleba i zsiadłe mleko, a od chodzenia w szpilkach Louboutina – bieganie boso po trawie. W końcu kiedyś była przecież wrażliwą dziewczyną, która wierzyła w miłość i ideały, jednak skrzywdzona przez los (i mężczyzn) zaszywa się w swoim przestronnym apartamencie, pije szampana, pali trawkę i czasem pisze o swoich uczuciach.
„Suki” czyta się trudno, nie tylko ze względu na rwaną fabułę, ale przede wszystkim przez nagromadzony poziom negatywnych emocji. Oczywiście, nie twierdzę, że literatura ma pokazywać świat w wydaniu cukierkowo-lukrowym, jednak po przeczytaniu książki Kofty można naprawdę nabawić się przykrego przekonania, że mężczyźni są odpowiedzialni za całe zło na świecie, a kobiecie pisana jest rola uległej nieszczęśnicy, bo gdy zacznie dopominać się o swoje prawa, niechybnie utonie w nałogu. Miało być feministycznie, drapieżnie, intelektualnie, a wyszło nudno, przygnębiająco i stereotypowo.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Krystyna Kofta, „Suki”, Wydawnictwo Świat Książki, 2015
Komentarze