Ryszard Koziołek to jedna z tych postaci polskiego życia intelektualnego, które trudno zaszufladkować jednym słowem. Profesor literaturoznawstwa, eseista, rektor Uniwersytetu Śląskiego, autor książek o Sienkiewiczu (moim ukochanym!), o doświadczeniu nowoczesności, o czytaniu i sensie literatury – człowiek zanurzony w humanistyce po uszy. Jednocześnie jest to autor wyraźny światopoglądowo. I od razu warto to uczciwie powiedzieć: w wielu kwestiach patrzymy na świat zupełnie inaczej. Miejscami jestem od Koziołka mentalnie, kulturowo i ideowo bardzo daleko. A jednak – i to jest chyba najlepszy dowód na to, że mamy do czynienia z kimś naprawdę ważnym – potrafię docenić jego talent do mówienia o sprawach fundamentalnych, zwłaszcza o literaturze, języku i sposobach widzenia świata. Nawet jeśli się z nim nie zgadzam, to rzadko kiedy mam poczucie straty czasu.
I dokładnie tak jest ze „Światem w oczach sąsiadki” – książką, która z pozoru wygląda niepozornie, a w praktyce okazuje się czymś w rodzaju intelektualnego spaceru po mieście, podczas którego co chwilę skręca się w boczną uliczkę, bo akurat tam autor zobaczył coś ciekawego. To nie jest powieść. To nie jest też klasyczny esej akademicki. To raczej zbiór literackich miniatur, refleksji, obserwacji i dygresji połączonych wspólnym tematem: patrzeniem na świat. A właściwie – patrzeniem na to, jak inni patrzą na świat. Tytułowa „sąsiadka” jest tu figurą kogoś zwyczajnego, kogoś z naszego otoczenia, kto nie pisze książek, nie wygłasza wykładów, nie buduje teorii – ale ma swoją wizję rzeczywistości, często równie spójną i pełną sensu jak najbardziej wyrafinowane konstrukcje intelektualne.
Już sam tytuł jest przewrotny. „Świat w oczach sąsiadki” brzmi jak zapowiedź zbioru anegdot z klatki schodowej, opowieści o tym, kto nie mówi „dzień dobry” i kto źle segreguje śmieci. Tymczasem Koziołek robi coś znacznie ciekawszego: bierze figurę zwyczajnego obserwatora i czyni z niej punkt wyjścia do rozważań o relatywności perspektywy, o subiektywności doświadczenia i o tym, że każdy z nas żyje w trochę innym świecie, nawet jeśli mieszka na tym samym piętrze. To książka o patrzeniu. O tym, że każdy nosi w głowie własne kino. O tym, że świat nie jest jedną opowieścią, tylko zbiorem równoległych narracji. Sąsiadka widzi coś innego niż profesor, profesor coś innego niż student, student coś innego niż kierowca autobusu. I wszyscy oni – na swój sposób – mają rację.
Jedną z największych zalet tej książki jest ton. Profesor Koziołek pisze bez nadęcia, bez akademickiej sztywności, z dużą dawką autoironii i ciepłego humoru. To nie jest filozofia z katedry, tylko raczej filozofia z kuchni, z balkonu, z klatki schodowej. Taka, która rodzi się przy herbacie, przy okazji rozmowy o pogodzie, a kończy na pytaniu o sens istnienia – tylko nikt tego nie nazywa „pytaniem metafizycznym”.
Humor jest tu bardzo ważny. Nie kabaretowy, nie „dowcipny”, ale rozbrajający powagę. Koziołek wie, że humanistyka potrafi być śmiertelnie serio i najwyraźniej postanowił zrobić jej mały detoks. Śmieje się z własnego środowiska, z języka, którym czasem mówimy, żeby ukryć, że nie bardzo wiemy, co myślimy. Jednocześnie jest to książka bardzo gęsta intelektualnie – tylko ta gęstość jest świetnie zamaskowana lekkością formy. Autor przechodzi od anegdoty do refleksji, od obserwacji do minieseju, od osobistego wspomnienia do ogólnego pytania o kondycję kultury. I robi to tak, że czytelnik często orientuje się dopiero po chwili, że właśnie został wciągnięty w całkiem poważną rozmowę o naturze rzeczywistości.
Bardzo dużo miejsca zajmuje tu literatura. Koziołek pisze o niej nie jak o relikwii w muzeum, tylko jak o narzędziu do życia. Pyta, po co nam książki. Czy naprawdę nas uszlachetniają? Czy tylko uczą nas ładniej opowiadać o własnych porażkach? Czy czytanie to ucieczka od świata, czy raczej jedna z form bycia w nim głębiej?
I tu właśnie bardzo wyraźnie widać klasę autora. Nawet jeśli nie zgadzam się z nim w wielu diagnozach kulturowych czy ideowych, to sposób, w jaki potrafi mówić o literaturze, jest po prostu mistrzowski. Bez zadęcia, bez mentorskości, bez tej irytującej pozy „kapłana sensu”.
Styl jest klarowny, żywy, momentami wręcz gawędziarski. To proza, która nie udaje, że jest trudna – ale też nie jest banalna. Czyta się ją z przyjemnością, a jeszcze długo po lekturze zostają w głowie różne zdania, obrazy, myśli.
To także książka, którą można czytać fragmentami, wracać do niej, podkreślać, odkładać i znów brać do ręki. Nie ma tu jednej fabuły, ale jest spójny sposób myślenia o świecie. I wreszcie – to książka bardzo etyczna w najgłębszym sensie. O empatii. O próbie zrozumienia innych perspektyw. O tym, że świat nie musi być zgodny z nami, żeby był wart uwagi.
Mimo mojego dystansu światopoglądowego do autora „Świat w oczach sąsiadki” uważam za książkę mądrą, potrzebną i zwyczajnie dobrą. To humanistyka w najlepszym wydaniu: bez zadęcia, bez moralizatorstwa, z humorem, z dystansem i z prawdziwą troską o sens słów, którymi opisujemy rzeczywistość. Po tej lekturze naprawdę zaczyna się trochę inaczej patrzeć na ludzi. A to – jak na książkę – jest osiągnięcie całkiem spore.
Anna Stasiuk
Ryszard Koziołek, „Świat w oczach sąsiadki”, Znak, Kraków, 2025.