„Świąteczny abonament” – recenzja

Recenzja książki „Świąteczny abonament”.
Święta w pakiecie niepotrzebnie rozszerzonym.

Nie będzie mi dane przeczytać wszystkich tegorocznych nowości świątecznych, ale za mną już trzecia pozycja i trudno nie zauważyć pewnego trendu, z którego nie zdawałam sobie sprawy, wybierając recenzowane tytuły. Mianowicie w każdej dotychczas czytanej książce akcent stawiany jest na sprawczą moc osób w podeszłym wieku, chociaż w przypadku „Świątecznego abonamentu” Marty Nowik blurb sugerował, że będą oni stanowić raczej problem niż jego rozwiązanie.

Główna bohaterka Irena Chojnowska prowadzi mały zakład fryzjerski w Bagatelach (fikcyjne miasteczko na Pomorzu, w rzeczywistości wieś w województwie mazowieckim). Satysfakcjonująca praca jest dla niej nie tylko źródłem zarobku, ale przede wszystkim odskocznią od nieudanego małżeństwa z wiecznie doktoryzującym się wykładowcą Krzysztofem. Nadchodzący grudzień nie da jej jednak chwili wytchnienia. Poznajemy ją w momencie, gdy przygląda się skutkom nocnego włamania do salonu, a wkrótce do jej domu tymczasowo wprowadza się zarówno ukochana babcia Hanna, jak i prawdziwie wiedźmowata teściowa o prawdziwie wiedźmowatym imieniu — Tekla. Na dodatek panie nie trawią się wzajemnie, więc przepis na dramę gotowy, ale tylko do czasu, aż seniorki nie postanowią połączyć sił, aby ratować wiszący na włosku związek Chojnowskich.

„Świąteczny abonament” to niespełna 300-stronicowa lektura, w której autorka zwyczajnie przedobrzyła. Jestem przekonana, że kryzys małżeński i dwie mieszające się do niego seniorki w zupełności wystarczyłyby na solidną historię, w której każdą z postaci można dobrze poznać i obserwować jej stopniową, autentyczną przemianę. Marta Nowik najwyraźniej była innego zdania, bo postanowiła dodać zakompleksioną asystentkę z patologicznego domu, romanse, Klub Wesołego Emeryta, kradzieże, alternatywne jasełka, problemy zdrowotne o każdym możliwym poziomie zagrożenia życia (w tym skręcenie kostki, które znika jak za dotknięciem magicznej różdżki), zaginięcie psa, bezdomnych, a nawet oszustwo na wnuczkę, której grozi więzienie. Było tego po prostu za dużo. Nawet jeśli książkę szybko się czyta, ponieważ 90% tekstu zajmują dialogi, często ma się poczucie, że kolejne rozdziały niewiele wnoszą, postaci kręcą się w kółko, a dziury logiczne jak niska emerytura niespodziewanie starczająca na drogie prezenty są trudne do przeoczenia.

Poza tym nic tak nie działa mi na nerwy jak infantylne zdrobnienia i dziwaczne imiona, a tutaj dostałam je w pakiecie 3 w cenie 1. Jak nie pseudonimy Pan Pulpecik i Pani Czuprynka, to Apolonia i Hildegarda albo nazwiska Sopelek i Koperek. Scena, w której Krzysztof przychodzi do salonu i wyśmiewa zapisane w zeszycie przydomki, w teorii pewnie miała pomóc wykreować go na potwora, ale mi przyniosła jedynie poczucie ulgi, że chociaż jedna osoba widzi, jakie to wszystko jest głupkowate. Ten język moim zdaniem niepotrzebnie dodaje całości staroświeckiego charakteru i postarza główną bohaterkę. Przy niemalże całkowitym braku opisów wyglądu ciężko wyobrazić sobie, że ktoś poniżej wieku średniego tak mówi, a tu jednak padają teksty o możliwości zajścia w ciążę, więc Irena raczej miała być znacznie młodsza. Jej dobroduszność i zażyłość z klientami naprawdę można było podkreślić w inny, mniej nachalny sposób.

Podsumowując, mimo niewielkich rozmiarów, uroczej okładki i „zaśnieżonych” barwionych brzegów, „Świąteczny abonament” okazał się powieścią przekombinowaną zarówno pod względem treści, jak i formy.

Izabela Fidut

Marta Nowik, „Świąteczny abonament”, Wydawnictwo Szara Godzina, Katowice, 2025.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat