W moim rodzinnym mieście jedna z głównych ulic nosiła jego nazwisko. Nigdy jednak nie zastanawiałam się nad tym, kim był ten człowiek, w jaki sposób przysłużył się, aby w ten sposób uhonorować jego imię. Dziś, po lekturze książki „Świerczewski. Śmierć i kult bożyszcza komunizmu”, wszystko staje się jaśniejsze. A jednocześnie budzi niedowierzanie.
O Karolu Świerczewskim nie słychać na lekcjach historii, rzadko spotyka się to nazwisko w literaturze. Tym bardziej zadziwiające jest to, jak wielką „karierę” zrobił i jak głośne jest to nazwisko. „Świerczewski. Śmierć i kult bożyszcza komunizmu” to nie jest książka o Karolu Świerczewskim. A przynajmniej nie tylko. Mimo że Krzysztof Potaczała przybliża jego sylwetkę, dzieli się wydarzeniami i ciekawostkami z życia tego generała, to jednak nie spodziewajcie się klasycznej biografii. Tu bohaterów jest wielu, ale chyba największym jest aparat państwowy, który w tak skuteczny sposób osiągnął cel – uczynił z generała obiekt kultu.
Ta książka to raczej próba pokazania, w jaki sposób działała propaganda, jakie mechanizmy nią kierują i w jaki sposób z generała, który potrafił pojawiać się pijany na polu walki, stworzono narodowego bohatera, niemal bóstwo. Autor krok po kroku odsłania przed nami kolejne elementy przekazu, narzędzia, którymi dysponowała władza, aby postać Świerczewskiego zapadła wszystkim w pamięć. Sięgając do różnych źródeł, przenosząc nas wprost do miejsca, gdzie kult Świerczewskiego był najsilniejszy, Krzysztof Potaczała demonstruje, w jaki sposób skonstruowano mit, któremu tak trudno było się oprzeć.
Mogłoby się wydawać, że „Świerczewski. Śmierć i kult bożyszcza komunizmu” to książka o historii dla historyków. Uważam jednak, że zasługuje ona na zdecydowanie szersze grono odbiorców. Reportaż Krzysztofa Potaczały napisany został w niezwykle przystępny sposób, myślę więc, że ma duże szanse przemówić także do osób, które niekoniecznie interesują się historią. Książka bogata jest w relacje naocznych świadków, tych, którzy pamiętali w jaki sposób rodził się ten osobliwy i sztucznie wykreowany kult. Ten aspekt książki jest zresztą moim ulubionym. Pokazanie, jakie narzędzia, działania stoją za wykreowaniem własnego bohatera okazały się dla mnie bardzo cenną, otwierającą oczy lekcją. I choć wydawać by się mogło, że teraz czasy i dostęp do informacji jest inny; że nie ma szans, żeby powtórzyć metody z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, to jednak okazuje się, że można dać się zaskoczyć.
„Świerczewski. Śmierć i kult bożyszcza komunizmu” to także książka w bardzo przypadającym do gustu, dbającym o detale, wydaniu. Twarda oprawa, rzucająca się w oczy i dająca do myślenia okładka, a w środku liczne fotografie (także dokumentów) sprawiają, że stajemy się jeszcze bliżsi tej historii. Dzięki temu reportażowi można cofnąć się w czasie, poczuć klimat epoki. Można też przekonać się, jak łatwo jest manipulować ludzką pamięcią, jak łatwo narzucić bohatera, wypromować go praktycznie od zera. I taka analiza tego przypadku jest, wydaje mi się, najlepszą lekcją historii.
AP
(biuro@dlalejdis.pl)
Krzysztof Potaczała „Świerczewski. Śmierć i kult bożyszcza komunizmu” Prószyński i S-ka, Warszawa 2021
Komentarze