„To trochę śmieszne, na początku nie zapraszałem do domu żadnych przyjaciół, bo nie było mi wolno, bo wstydziłem się matki, a gdy już wreszcie chciałem, nie mogłem. Byłoby za głośno. Jak cichutko zamykałem drzwi do lodówki, moja matka patrzyła na mnie jakbym tak trzasnął drzwiami, że wyleciały z futryn.” Bezustanna samotność, przerwana partyjką szachów z dziadkiem, dopóki żył i słuchaniem płyt z ojcem, dopóki się nie wyprowadził, skończyła się dla Bena tragicznie. Sukcesywnie zamykał się w swoim hermetycznym, wyimaginowanym świecie, którego najistotniejszą część stanowił Tom – kumpel od słuchania płyt, grania rocka i palenia skrętów. Wizyty u psychiatry niewiele mu pomogły. Chodził na nie, bo matka mu kazała, ale po przepisywanych lekach palce stawały się ciężkie, a on przecież chciał grać! Ostatecznie, gitara zawsze zwyciężała. W końcu chciał być jak Beatlesi!
Jego życiem był domek na drzewie. Tam słuchał płyt, tam odkrył miłość do tworzenia muzyki, wypalił kilogramy trawki. Chciał stać się drugim Georgem Harrisonem. W pewnym sensie, udało się mu to. Grać – grał, ćpać – ćpał. Na tym podobieństwa się kończą. Nikt nie był zainteresowany Benem, który na szkolnych przerwach tworzył muzykę. Ale on nadal żył marzeniami. Brak akceptacji rówieśników na pozór go nie zrażał. Miał swoje marzenia, no i przecież miał Toma… Nic innego się nie liczyło – tylko rock’n’roll.
Chłodne wyznania Bena ujęte w formie jego narracji, to kawałek świetnej literatury. Czytelnik nigdy nie jest pewien, gdzie kończy się prawda, a zaczyna fikcja spowodowana obłędem chłopca. Od niego się tego nie dowie. On decyduje o tym, co powiedzieć, a czego nie. Widzimy świat tylko jego oczami. Interpretacja i domysły zależą od czytelnika. Na tym polega wyśmienitość „Dni trawy”. Niby Ben swobodnie, bez jakichkolwiek ogródek, opowiada o swoim życiu, również o wizytach u psychiatry, rozmowach z głosami, ale wskutek ciągłej narracji, świat widziany wyłącznie z jego perspektywy nie wystarcza czytelnikowi. Przypomina się zasada ograniczonego zaufania. Wyobraźnia zaczyna działać. Pojawiają się indywidualne spostrzeżenia. Philip Huff uzyskał pożądany efekt zaciekawienia treścią, trwający nie tylko w trakcie, ale i po przebrnięciu przez powieść. Sukcesem tej książki jest również to, że ponowne czytanie jej nie spowoduje znużenia, lecz pozwoli uzyskać odpowiedzi na nurtujące pytania z serii „prawda czy fikcja”, których, pod koniec lektury, pojawia się cała masa.
Zdecydowanie polecam.
Iwona Bujak
(iwona.bujak@dlalejdis.pl)
Philip Huff, „Dni trawy”, Dobra Literatura
Komentarze