„Sześć powodów by umrzeć” – recenzja

Recenzja książki „Sześć powodów by umrzeć”.
Każdy ma coś na sumieniu…

W czwartą rocznicę ślubu, w dość tajemniczych okolicznościach znika Miriam Macharow. Jej mąż, do szaleństwa zakochany w swojej żonie, szybko wszczyna akcję poszukiwawczą. Niestety, bezskutecznie. Gdy po czterech miesiącach zostaje znaleziony samochód Miriam i nadpalone ciało kobiety, mąż denatki, Konrad, wraz z jej siostrą, Adelą, stawiają się na identyfikacji zwłok. I o ile Konrad potwierdza, że ciało należy do jego żony, o tyle Adela zaprzecza, twierdząc, że spalona kobieta nie jest poszukiwaną Miriam. Śledztwo w sprawie prowadzą stary wyjadacz Neumann oraz jego asystentka Shi Lu. Z czasem na jaw wychodzi coraz więcej rozbieżności, sekrecików; okazuje się, że każdy z bohaterów ma coś do ukrycia…Coś, co nie powinno ujrzeć światła dziennego.

Muszę stwierdzić, że pomysł na powieść jest szalenie ciekawy i przypomniał mi po trosze film „8 części prawdy”, gdzie poznajemy jedną i tę samą historię, ale z różnych perspektyw, które po złożeniu w całość ukazują, co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego tak się stało. Bardzo podobny zabieg został zastosowany w tej powieści. Poznajemy osiem różnych, przeplatających się ze sobą, perspektyw, z których każda wnosi do fabuły coś nowego; każde kolejne „wejście” bohatera sprawia, że historia zostaje wzbogacona o nowy szczegół komplikujący tę, prostą na pozór, sprawę. Co więcej, każdy fakt w innym świetle ukazuje ofiarę, Miriam, która niczym Światowid – miała wiele twarzy: ryzykantki, kochającej żony, zakłamanej cudzołożnicy.

Pisarka stworzyła dość intrygującą fabułę opartą na wielu zwrotach akcji, mrocznych sekretach i rodzinnych tajemnicach. Niepokój pogania niepokój i tak naprawdę do końca nie wiadomo, co z Miriam i kto ponosi odpowiedzialność za to, co się stało. Książka bardzo mnie wciągnęła. Może na początku nieco mi się dłużyła, ale bardzo szybko wpadłam w rytm powieści i zmierzałam, niczym bolid, ku końcowi, ale… moją podróż zburzyło kilka szczegółów. Jednak zdecydowanie największym z nich było zakończenie.

Moim pierwszym zarzutem wobec tej powieści jest mnogość wątków, które zostały wprowadzone do powieści, a miały… znaczenie marginalne. Dla mnie świetna powieść jest jak pajęczyna, w której każda, nawet najmniejsza nitka, ma jakieś znaczenie i prowadzi do rozwiązania. Tu wiele wątków było naderwanych; kilka wisiało smętnie, nie mając większego znaczenia dla rozwoju akcji. Zasypanie czytelnika nie zawsze jest dobrą receptą na sukces.

Drugim mankamentem powieści były pewne antyczne rozwiązania wprowadzane do fabuły. Jak widać motyw „deus ex machina” ma się nadal bardzo dobrze. Neumann nie potrafi wyjaśnić czegoś? Nie ma problemu! Pojawiają się mega tajne raporty trzymane w ścisłej tajemnicy. Nie wiadomo skąd się coś wzięło? Nie trzeba prowadzić dochodzenia; wystarczy wyjąć mega tajny dokument spod biurka i gotowe! Uważam, że przy tego typu powieściach lepiej takie furtki zamknąć na cztery spusty.

Najbardziej rozczarowujące było chyba zakończenie, choć miało ogromny potencjał. Mogłoby być naprawdę świetne, gdyby… nie było tak mocno oderwane od rzeczywistości. Przekombinowanie naprawdę wielkiego kalibru.

Mimo kilku niedociągnięć i mankamentów „Sześć powodów by umrzeć” to powieść, którą można przeczytać w celach rozrywkowych i całkiem nieźle spędzić w jej towarzystwie kilka wieczorów. Jestem przekonana, że zagadka Miriam, do której rozwiązania przyczyniło się wiele zbiegów okoliczności i mnóstwo tajemnych raportów, wciągnie was i pozwoli zanurzyć się w świecie, gdzie nikt nie jest tym, za kogo się podaje.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Marta Zaborowska, „Sześć powodów by umrzeć”, Czarna Owca, 2024.




Społeczność

Newsletter

Reklama



 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat