Szewski fach po kobiecemu

Zwykła obyczajówka z niewielką dawką humoru. Lekko się ją czyta, ale i łatwo zapomina, że się ją przeczytało.



Tytułowa, a zarazem główna bohaterka powieści Adrianny Trigiani ? Valentine jest Amerykanką włoskiego pochodzenia. Jak sama o sobie często mówi, jest tą najzabawniejszą spośród trzech sióstr Roncalli. Szkoda, że czytelnikowi jakoś trudno uchwycić te jej, podobno olbrzymie, pokłady poczucia humoru. Pozostałe dwie siostry zostały obdarowane przez matkę naturę innymi przymiotami: najstarsza ? Tess ? mądrością, a najmłodsza ? Jaclyn ? urodą, ile w tym prawdy, trudno powiedzieć, bo nie goszczą one zbyt często na łamach powieści.

Siostry, jak twierdzi autorka, ?tworzą czynny od rana klub tylko dla dziewczyn?, są swoimi najlepszymi przyjaciółkami i zwierzają się sobie ze wszystkiego, z wyjątkiem dwóch rzeczy ? życia seksualnego i stanu konta bankowego. Jednak, nie trzeba być zbyt spostrzegawczym, żeby zauważyć, że ten klub w rzeczywistości jest czynny tylko od wielkiego święta.

Valentine Roncalli to 34-letnia kobieta, która całe dnie spędza w rodzinnym zakładzie szewskim, pomagając swojej babci i jej koleżance w szyciu ślubnych pantofelków na zamówienie. Jej życie upłynęłoby w kompletnej nudzie, gdyby nagle nie okazało się, że zakład stoi na skraju bankructwa. Taki stan rzeczy, nikogo nie powinien dziwić, skoro Angelini Shoe Company, a tak naprawdę Angel Shoe Company, bo reszta liter z szyldu się starła, ma w swojej ofercie zaledwie kilka modeli ślubnych pantofelków. W dodatku zaprojektowanych ponad pół wieku temu. A jednak, rodzinę Roncalli dziwi. Jak to w takich lekkich lekturach bywa, wspaniałomyślna Valentine postanawia uratować rodzinny biznes i podtrzymać szewską tradycję. No niestety, nie dość, że jest mało zabawna, to i ma oporną głowę do interesów. Ostatecznie, paru wskazówek udziela jej były narzeczony, a i szczęśliwy los  nie odstępuje jej na krok. W celu nabycia szewskiego doświadczenia, udaje się razem z babcią do Włoch. Tam też, poza nauką zawodu, odkrywa zaskakującą tajemnicę swojej osiemdziesięcioletniej towarzyszki. Cóż, ta staruszka okazuje się chyba najbardziej temperamentną postacią, może dlatego, że pozostali Włosi do Włoch jeździli tylko na wycieczki?

Swoją podróż do Italii Valentine określa jako ?najlepszy sposób na przebudowanie własnego życia, zmianę punktu widzenia i przyjęcie inspiracji?. Często ma takie wzniosłe przemyślenia także, moim zdaniem, jej sposób bycia świadczy raczej o melancholijności, niż poczuciu humoru i myślę, że większość czytelników się ze mną w zupełności zgodzi.

Życie Valentine kręci się wokół pracy, do której nawet nie musi dojeżdżać, bo zakład szewski mieści się praktycznie w jej domu. Toteż, jej znajomi ograniczają się do dwóch wiekowych ?koleżanek? z pracy (w tym jej babci), rodziny i jednego przyjaciela ze studiów, który, będąc gejem, twierdzi, że ?facet nigdy nie poświęca czasu kobiecie, jeśli nic od niej nie chce?. Dziewczyna miałaby zerowe życie prywatne, gdyby jednej nocy nie wyskoczyła nago na taras, gdzie hoduje wraz z babcią pomidory, i gdyby akurat w pobliżu nie znalazł się Roman ? kucharz i jednocześnie właściciel włoskiej restauracji. Ten, podobno przystojny, Włoch jest nudny jak przysłowiowe flaki z olejem. Kompletnie pozbawiony charyzmy. Monotonia to jego drugie imię. Facet jest wiecznie zapracowany, nie ma nawet chwili czasu dla swojej dziewczyny. Ale w sumie, nie ma co tak na niego narzekać, bo oboje upychają się między zawodowe obowiązki, co w ostatecznym podsumowaniu daje około 10 spotkań na prawie 400 stronach. Czy taki związek ma szanse przetrwać? Szczególnie, gdy rodzina Valentine, a przede wszystkim jej matka, mają olbrzymie parcie na jej zaręczyny?

No właśnie, matka Valentine. O tej postaci warto wspomnieć, chociaż nie pojawia się ona zbyt często. Szkoda, bo dzięki temu, że w ogóle istnieje, książkę da się czytać. Mike Roncalli, bo tak wszyscy się do niej zwracają, to jedna z barwniejszych postaci. Trochę kiczowata i ekstrawagancka w kontekście gustu. Ubóstwia kryształki Swarovskiego i ciuchy od projektantów, głównie upolowane na wyprzedażach. Nie przyznaje się do swojego wieku. Tematem tabu jest również operacja plastyczna jej nosa. Ciekawą postacią jest też jej mąż, który ma wieczne problemy z zapamiętywaniem medycznego słownictwa, do tego stopnia, że chorując na prostatę, nie jest w stanie poprawnie wymówić tego słowa. Zresztą, jego wytłumaczenie powodu zachorowania na nowotwór, także jest bardzo niekonwencjonalne.

Wątek bankructwa i miłosne perypetie Valentine, jakoś nie przypadły mi do gustu. Wloką się w nieskończoność, więc w połowie książki zaczyna się robić potwornie nudno. Kolejne strony czyta się nie z ciekawości, lecz z nadzieją, że coś zaskakującego w końcu się wydarzy. No niestety, nie bardzo na coś takiego można liczyć. Zmyłką jest pierwszy rozdział książki, który napisany zabawnym językiem, zachęca do dalszej lektury. Niestety, w kolejnych zabrakło humorystycznych tekstów.

?W stylu Valentine? jest reklamowana jako niezwykła uczta dla czytelnika. Zgodzę się z tym hasłem promocyjnym, ale pod warunkiem, że wspomniany czytelnik chodzi najwyżej do gimnazjum. I jest dziewczynką. Całe szczęście dla tej lektury, że niebawem będą wakacje. Smażąc się na plaży, jest się w stanie czytać wszystko, nawet to, czego by się w innych okolicznościach nie tknęło.

Iwona Bujak
(iwona.bujak@dlalejdis.pl)

Adrianna Trigiani, ?W stylu Valentine?, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat