Według napisu na okładce mają one sprawić, że „najpierw parskniesz, potem zakwiczysz, a wreszcie popłaczesz się ze śmiechu i już nigdy nie pomyślisz o Bożym Narodzeniu tak, jak dawniej”. Najwyraźniej będę niechlubnym wyjątkiem od reguły, ponieważ jedynie pierwsza historia pt. „Sztuczna broda świętego Mikołaja” wywołała na mojej twarzy przelotny uśmiech. Jest to bardziej zasługa wybranej formy, czyli służbowych wiadomości, bo sam pomysł by prawdziwy Mikołaj zatrudnił się jako swój udawany odpowiednik nie jest niczym nowatorskim i przewija się w co najmniej kilku filmach świątecznych (identyczna sytuacja ma miejsce z „Sądnym dniem świętego Mikołaja”, gdzie dobrotliwy roznosiciel podarków zostaje postawiony przed sądem). Reszta nie tylko mnie nie rozbawiła, ale na dodatek ulatniała się z mojej głowy sekundę po rozpoczęciu kolejnej strony. Biorąc pod uwagę fakt, iż książkę bardzo szybko się czyta (całość pochłonęłam w niecałą godzinę, nawet dla początkującego czytelnika będzie to kwestia maksymalnie jednego wieczoru), wyjątkowo ciężko stwierdzić, co poszło nie tak.
Pierwsza myśl – to po prostu nie mój typ żartów. Lubię angielski, okraszony absurdami humor, jednak kawały przemycane tu i ówdzie przez pana Terry’ego Pratchetta do mnie nie trafiają. Zamiast obiecanego śmiania do rozpuku podczas czytania czułam się, jakbym była zmuszona z grzeczności unosić kąciki ust, słuchając po raz kolejny starej jak świat anegdoty z repertuaru wujka „kabareciarza” próbującego rozruszać gości przy wigilijnym stole.
Nie jestem również w stanie określić, dla jakiej grupy wiekowej jest ten zbiór przeznaczony. Pomimo iż treść zawiodła moje oczekiwania, to strony wizualnej nie mogę nie pochwalić. Wydanie jest bardzo atrakcyjne dla oka, pod zieloną obwolutą znajdujemy czerwoną, twardą oprawę, a pod nią wyklejkę w biało-czerwone paski przywodzące na myśl choinkowe lizaki w kształcie lasek. Sięgnięcie po tę pozycję jest więc trochę jak otwieranie efektownie zapakowanego prezentu. Jednak nie do końca jestem przekonana czy czarno - białe obrazki autorstwa Marka Beecha spodobałyby się młodszym odbiorcom. Co więcej, w opowiadaniach znajdują się słowa czy odniesienia, których dzieci po prostu nie będą rozumiały, a przecież nie będą siedzieć nad książką, co chwilę sprawdzając obce terminy w komputerze czy telefonie. Chyba nie na tym ma polegać zachęcanie do czytelnictwa. Dla starszych osób z kolei za mało w tym wszystkim rozrywki czy chociażby zapadającego w pamięci przesłania.
Być może jest to w pewnym stopniu kwestia różnic kulturowych i opowieści są zbyt brytyjskie. Choć w moim przypadku trudno mówić o zachwycie, to doceniam fakt, iż Terry Pratchett starał się pokazać, że Boże Narodzenie może wyglądać zupełnie inaczej, ale czy to na pewno atrakcyjna wizja? Jeśli ktoś jest jej ciekaw albo chce na godzinę oderwać się od gorączki zakupów i przedświątecznych przygotowań, może zerknąć na „Sztuczną brodę świętego Mikołaja”.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Terry Pratchett, „Sztuczna broda świętego Mikołaja, Poznań, Dom Wydawniczy REBIS, 2018 r.
Komentarze