„Sztukmistrz z Lublina” – recenzja

Recenzja książki „Sztukmistrz z Lublina”.
Ktoś mógłby pomyśleć, że książka o magiku z przedwojennej żydowskiej społeczności nie może być ani aktualna, ani dla współczesnego czytelnika ciekawa. Och, jakżeby się mylił...

„Sztukmistrz z Lublina” został napisany w 1960 roku i jest w zasadzie jedną z najwcześniejszych powieści Isaaca Bashevisa Singera (laureata literackiej Nagrody Nobla z 1978 roku). To historia człowieka w pewien sposób nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie, niepodlegającego jednoznacznym klasyfikacjom, wszędzie obcego i bliskiego zarazem. Charakterystycznym punktem twórczości Singera są problemy religijno-filozoficzne i moralne, z którymi muszą mierzyć się jego bohaterowie. Singer wnikliwie portretuje więc duszę głównego bohatera, jego sposób myślenia i rozterki. Jasza jest niewierzącym Żydem, co jak na tamte czasy już samo w sobie wydaje się abstrakcyjne. Przez większość fabuły daleko mu i do swoich współbratymców, i do gojów. Tkwi gdzieś głęboko w swoich rozważaniach, poszukując tożsamości. Jest w zawieszeniu pomiędzy tradycją a teraźniejszością. Między głębokim rozmyślaniem o sensie życia a pustym i bezrefleksyjnym życiem warszawskich elit. To wieczny wędrowiec, który swoją podróż kończy nieoczekiwanie tam, skąd przyszedł. I ukojenie znajduje w tym, od czego przez całe życie uciekał. Ale zanim to nastąpi, Jasza wadzi się z Bogiem i czerpie z życia pełnymi garściami, nie zważając na szóste przykazanie. „W Lublinie powiadano, że gdyby Jasza wybrał sobie zawód złodzieja, żaden dom nie byłby bezpieczny”. Ale Jasza wybrał sobie zawód sztukmistrza i żadna kobieta nie była bezpieczna. Sam Jasza uważał się za dobrego człowieka, głównie przez swoją hojność i chęć pomocy innym. I w gruncie rzeczy był dobrym człowiekiem, choć ciągle źle postępował i ściągał na siebie kłopoty. Dopiero z czasem dostrzega niewłaściwość swojego zachowania i postanawia je zmienić…

Jednak obok tego w książce zaobserwować możemy zatrzęsienie innych, rozmaitych wątków. O Warszawie („teraz jednak próbował uwolnić się od tego miasta, które pomimo kosmopolitycznych pretensji pozostało prowincjonalne”), o naiwności kobiet, o podupadającej arystokracji.

Co ciekawe, Singer doskonale oddaje charakter emigranckich opowieści (charakterystyczny styl opowiadań południowoamerykańskiego alfonsa – Hermana). Przybliża też czytelnikom klimat minionej epoki i egzotyczny, z dzisiejszego punktu widzenia, świat żydowskich tradycji. W książce czuć więc i zapach lata spędzanego w Ogrodzie Saskim i woń bułek maślanych na święta Szewuot. Uderza piękno singerowskiego języka, jego barwność i gdzieniegdzie kapiąca ironia. Do tego niektóre z poglądów bohaterów są w zasadzie wiecznie żywe. Dla przykładu słowa Emilii: „To nowe pokolenie wydaje się takie egoistyczne, nie uznaje ograniczeń i uważa, że należy mu się wszystko, czego dusza zapragnie”. Z kolei Halina „jest przekonana, że każdy którego nazwisko ukazuje się w gazecie, to półbóg, nawet jeżeli daną osobę po prostu przejechał omnibus”. Ach, to nic a nic nie straciło na znaczeniu.

Gdy kilka lat temu czytałam tę książkę, miałam wrażenie, że coś zmieniła w moim wnętrzu i w sposobie patrzenia na świat. Tak dzieje się po dziś dzień, za każdym razem, gdy trzymam ją w ręku. Bo historia Jaszy to nie tylko dobra (acz czasami irytująca) rozrywka, ale też lekkostrawna uczta duchowa.

Ewa Grabowska
(ewa.grabowska@dlalejdis.pl)

Isaac Bashevis Singer, „Sztukmistrz z Lublina”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat