Od właśnie takiej banalnej historii zaczyna się najnowsza opowieść Richarda Paula Evansa „Szukając Noel”.
On był zmarznięty. Pasek rozrządu w samochodzie zepsuł się w najgorszej śnieżycy. Wydawałoby się, że w najgorszym momencie. Okazuje się, że w najlepszym z możliwych. Ona, niczym bohaterka „Czekolady”, skusiła go aromatycznym płynem. Wypełniła jego serce słodkim, gęstym napojem, który tego wieczora przyrządziła mu na osłodę. Potem inną słodkością wypełniła jego serce. Ale od tego momentu już nic nie było takie proste. Trudno bowiem jest stworzyć w pełni szczęśliwy związek, gdy ma się za sobą niedokończone sprawy i zagmatwane relacje z rodziną. Macy jako bardzo mała dziewczynka została rozdzielona z siostrą i adoptowana przez ludzi, którym to nigdy nie powinno przyjść na myśl. Mark o śmierci matki dowiedział się już po pogrzebie. Daleko od domu, po nieudanej przygodzie z uczelnią, nie zamierza z poczuciem klęski stawać przed ojcem, z którym nigdy nie układało mu się zbyt dobrze. Aby móc zajrzeć sobie głęboko w oczy, najpierw muszą poskładać rozproszone elementy. Być może razem będzie im łatwiej…
Polscy czytelnicy znają już Evansa z trzech książek, przedostatnia to „Stokrotki w śniegu”. Autor tym razem serwuje nam historię prostą, przez co stwarza aurę prawdziwości i szczerości. Po fabule nie należy się spodziewać niespotykanych zwrotów akcji i z każdą kartą narastającego napięcia. Jednak z kapelusza powieści każdy wyciągnie coś dla siebie. Pomimo tego, że nie jest to powieść o wielkiej wartości artystycznej, to jednak wzrusza. A może właśnie to wystarczy, to ściśnięte gardło w zamian za wszystkie mądre księgi i najoryginalniejsze fabuły…
Iwona Kusiak
(iwona.kusiak@dlalejdis.pl)
Richard Paul Evans, „Szukając Noel”, Znak 2011
Komentarze