Gdy Malwina zaszła w ciążę ze swoim ukochanym mężem, nigdy nie myślała, że wyczekiwane niecierpliwie dziecko stanie się powodem całkowitych zmian w jej życiu. Tymczasem mała Dagusia okazuje się cierpieć na zespół Pierre’a Robina, a Malwina poświęca wszystkie swoje siły w bycie przy niej, a potem rehabilitację i szukanie kolejnych sposobów na zwiększenie jej szans na rozwój. W między czasie jednak zupełnie gubi kontakt z mężem, który na coraz dłużej znika z domu. Gdy dochodzi do rozstania, Malwina ma przeciwko siebie nie tylko jego, ale również teściów, którzy oskarżają ją o chorobę i nieprawidłową rehabilitację wnuczki, oraz własną matkę, zbyt zajętą życiem zawodowym. Opoką w jej życiu staje się ojciec, który pomaga na co dzień, wspiera i motywuje. Nigdy jednak nie wiadomo, co konkretne wymyślił dla nas los…
To moje pierwsze zetknięcie z twórczością Anety Krasińskiej i już nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. Nic nie można zarzucić autorce, jeśli chodzi o samą fabułę. Malwinę poznajemy jako trzydziestoparolatkę, która samotnie wychowuje dziesięcioletnią córkę chorą na zespół Pierre’a Robina. Jej teoretycznie uporządkowany świat nagle ulega zniszczeniu przez niespodziewaną wizytę byłego męża. To budzi w bohaterce wiele wspomnień, a my retrospektywnie mamy okazję podążać jej ścieżkami i przyglądać się wszystkiemu z perspektywy widza dzięki trzecioosobowej narracji. Akcja również ładnie zamyka się dzięki zastosowanej klamrze. Bohaterowie są wielopoziomowi i momentami zagadkowi, aczkolwiek niektóre z postaci są na wskroś pozytywne, bez praktycznie żadnej rysy, co nie sprzyja realizmowi całej sytuacji. Malwina nie jest szczególnie uciążliwą bohaterką i nawet można ją polubić, podziwiając choćby poświęcenie w wychowaniu niepełnosprawnej córki.
W czym więc problem? Podczas samego czytania odkryłam kilka luk, które sprawiają, że na wizerunku układu między bardzo potrzebującym uwagi dzieckiem a poświęcającą się matką powstają rysy – i nie chodzi wcale o „ludzki” aspekt, a raczej logistyczne kwestie fabuły oraz szczegóły. Najbardziej jednak w całej książce do gustu nie przypadło mi… zakończenie, przesycone dziwnym patosem i moralizatorstwem. Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie losy kobiety, która była na tyle silna, aby wziąć wiele spraw na własne barki. Choć z drugiej strony może ta siła była tylko pozorna, a jednak człowiekowi potrzebne jest wsparcie, nawet takie, które może go zawieść?
Z drugiej strony bardzo polubiłam postać ojca Malwiny, a wiele scen z jego udziałem, jak również i ta jego finałowa, spowodowało, że uroniłam łzę. To niepisane prawo literatury obyczajowej – wzruszać ludzi sprawami, które mogą dotknąć i ich samych. Z tego powodu wydaje mi się, że choć „Szukając szczęścia” może nie znajdzie się na mojej liście ulubionych książek – i powodem tego będzie subiektywny odbiór rozwoju wydarzeń – to jednak jest to pozycja warta przeczytania choćby z uwagi na poruszany w niej temat. Temat, w którym w końcu ktoś pochylił się nad kwestią matki pogrążonej w opiece nad dzieckiem, a nie nad losem niepełnosprawnego podopiecznego.
Paulina Grzybowska
(paulina.grzybowska@dlalejdis.pl)
Aneta Krasińska, „Szukając szczęścia”, Gdynia, wyd. Novae Res, 2015.
Komentarze