Literatura podróżnicza wydaje się samograjem, ale moim zdaniem powinna spełniać określone warunki. Pierwszy, raczej oczywisty, to ciekawe miejsce, a o to nie powinno być trudno, bo przecież obecnie świat stoi przed nami otworem. Wystarczy trochę odwagi i odpowiednie finanse.
Prawdziwa trudność pojawia się przy opisaniu podróży. Z jednej strony trzeba balansować na granicy pomiędzy suchym spisywaniem punktów do odhaczenia a dodaniem odpowiedniej dawki osobistego kolorytu. Z drugiej, trzeba brać poprawkę na to, że nie każdy czytelnik sięgnie po daną pozycję z myślą o wyjeździe. Powinna to być zatem opowieść zarówno o przestrzeni, jak i zamieszkujących ją ludziach. Szczególnie jeśli mówimy o autorach, którzy nie spędzili gdzieś dwóch tygodni, ale postanowili osiąść w danym miejscu, jeśli nie na stałe, to przynajmniej na dłuższy czas. Z tą równowagą jest niestety problem w „Szwajcarii na cztery sezony” Olgi Dyrdy.
Przyznaję, że sięgnęłam po tę książkę, inspirując się tegoroczną, organizowaną w Bazylei Eurowizją. Satyryczna, wykonana przez gospodynie programu piosenka „Made in Switzerland” prawdopodobnie nie tylko mi uzmysłowiła, jak niewiele wiem o tym kraju, a tym bardziej o ludziach mieszkających w jego granicach. Każdy potrafi wskazać stereotypowe cechy Włocha, Francuza czy Polaka, ale gdy przychodzi pora na Szwajcara, w głowie raczej nie pojawi się zbyt wiele. Tym bardziej byłam rozczarowana, że „Szwajcaria…” nie zmieniła tego stanu rzeczy na tyle, ile chciałabym, a to, jak znęcający się nad rówieśnikami uczniowie zamieniają się w przepraszających za najmniejszy hałas sąsiadów, po zakończeniu lektury, wciąż pozostaje dla mnie zagadką.
Całość podzielona jest na wstęp, zakończenie i, zgodnie z tytułem, cztery segmenty poświęcone aktywnościom i wydarzeniom, w jakich można brać udział o określonej porze roku. Olga Dyrda przeniosła się w okolice Zurychu z powodu pracy męża, ale ten, zdawałoby się dość dramatyczny, wątek personalny nie wychodzi poza sztywne ramy wstępu i zakończenia. Część właściwa, początkowo bogata w ciekawostki, takie jak leasing krowy czy publiczny konkurs na… dekapitację wielkiej gęsi, w miarę upływu czasu coraz bardziej zaczyna przypominać telegraficzny skrót pod tytułem co, gdzie i za ile (są w zasadzie tylko dwie opcje: drogie lub bezpłatne). Oczywiście pod względem wizualnym nie można tej publikacji nic zarzucić. Okładka jest piękna, a ilustracje są ładne i jest ich sporo, chociaż zawsze mogłoby być ich więcej. Niemniej bardzo raził mnie rozdźwięk między bezosobowością tekstu i tym, że był paradoksalnie uzupełniany zdjęciami, na których rodzina autorki nierzadko zajmowała więcej miejsca niż widok w tle.
Podsumowując, myślę, że „Szwajcaria na cztery sezony. Opowieści o serach, krowach celebrytkach i pociągach na czas” sprawdzi się jako przewodnik dla tych, którzy są zdecydowani na wojaże. Niekoniecznie natomiast utrzyma w 100% uwagę tych, którzy zamierzają pozostać przy podróżach palcem po mapie.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Olga Dyrda, „Szwajcaria na cztery sezony. Opowieści o serach, krowach celebrytkach i pociągach na czas”, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała, 2025.
Komentarze