Tam, gdzie kończy się horyzont

Recenzja książki "Podmorska wyspa".
Powieść Allende jest jedną z lepszych książek, które do tej pory czytałam. Może nie jest najlepsza, ale zdecydowanie plasuje się w pierwszej dwudziestce.

Jej akcja rozpoczyna się pod koniec XVIII wieku, kiedy na Saint – Domingue przybywa pełen ideałów Toulouse Valmorain. Obejmuje plantację swojego ojca i powoli porzuca filozofię Rousseau, na rzecz tak popularnego w tamtym czasie niewolnictwa. W ręce młodego właściciela ziemskiego trafia Zarité – Tete. I to właśnie wraz z dorastającą dziewczynką dorasta bunt niewolników, który śledzi czytelnik. Kiedy bunt dosięga i domostwo Valmoraina, niewolnica ratuje swojego pana i jego dzieci.

Akcję poznajemy z dwóch punktów widzenia. Z jednej strony mamy obiektywnego i wszechwiedzącego narratora, z drugiej – wszystko uzupełniane jest subiektywnymi wypowiedziami Zarité. Opowieści dziewczyny są spoiwem łączącym początek i koniec powieści, są bezpośrednią i bolesną historią niewolnictwa i walki o wolność. To one przenoszą nas w świat brutalnych mordów, braku sprawiedliwości i nietolerancji. Dzięki nim poznajemy świat magicznych praktyk i świat kultury murzyńskiej. Ale historia Zarité i jej przyjaciół nie jest przesycona bólem, cierpieniem i niesprawiedliwością. Jest w niej też coś optymistycznego i ciepłego.

Powieść Allende nie jest tylko brutalną historią o niewolnictwie, jest też sagą. Przez 500 stron książki poznajemy dzieje rodziny Valmoraina. Kolejne małżeństwa, dzieci, kłopoty i choroby. Obserwujemy nie tylko stosunki łączące mężczyzn z kobietami, panów z niewolnikami czy rodziców z dziećmi, ale również szeroką panoramę społeczeństwa przełomu XVIII i XIX w. Na tle społeczno – politycznych zmian bohaterowie zmieniają swoje poglądy i samych siebie. Jedni kierując się emocjami podążają za zmianami, inni – zatwardziali w poglądach, płacą za to życiem.

I w ten właśnie sposób w historię Tete wpleciony został genialnie realizm magiczny. Subtelny i delikatny, ale jakże fascynujący i wciągający. Piszę „subtelny”, gdyż trzeba go zauważyć w wierzeniach niewolników, w histerycznych napadach Eugenii, w melancholii Maurica. Trzeba się w niego zatopić i spróbować odczytać, opiera się on bowiem przede wszystkim na sposobie postrzegania rzeczywistości.

Ciekawym zabiegiem było pozostawienie oryginalnego słownictwa, tym bardziej, że na końcu powieści autorka umieściła słowniczek, który dopełnia całości, tłumacząc niewytłumaczone wcześniej rzeczy.

Ci, którzy sięgną po „Podmorską wyspę” pewnie będą oczarowani, zatopią się w całkowicie inny, ale jakże fascynujący, świat, a później długo, długo nie będą w stanie o niej zapomnieć.

Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)

Isabel Allende, „Podmorska wyspa”, Muza SA, Warszawa 2011



Komentarze




Newsletter

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat