Książka „Charlie St. Cloud” opowiada historię chłopaka, który w wieku 16 lat cudem uniknął śmierci. Jego młodszy brat nie miał tyle szczęścia. Mimo wszystko, kochające się rodzeństwo nawet zła kostucha nie była w stanie rozdzielić. Do braci w międzyczasie dołącza jeszcze śliczna dziewczyna (tylko proszę nie wyobrażać sobie żadnych nieprzyzwoitych trójkątów, o takich rzeczach nie ma mowy. Wszak to lektura w sam raz dla pensjonarek). No i oczywiście wraz z nią pojawia się piękna, głęboka miłość, która pokona wszelkie bariery, nawet między życiem a śmiercią. To właściwie nie tło opowieści, ale jej pełny wymiar. Dodam, że nie zdradzam żadnych tajemnic, bo wszystkie przedstawione przeze mnie fakty można swobodnie przeczytać na obwolucie książki. I na tym mogą poprzestać czytelnicy naznaczeni choćby niewielką dawką ironii, niczego bowiem nie stracą.
No cóż, życie nigdy nie przestaje mnie zaskakiwać. Co zwykle poczytuję za ogromny plus. Lecz w tym przypadku niekoniecznie. Chodzi mi mianowicie o autora, nagłośnionej dzięki hollywoodzkiej ekranizacji, książki „Charlie St. Cloud”. A właściwie o jego płeć. Zaraz feministki rzucą mi się do gardła, ale mimo wszystko, dokończę swą myśl. Podczas lektury tej nieznośnie sentymentalnej historyjki ze zdumieniem odkryłam, że spłodził ją mężczyzna – Ben Sherwood. Sądziłam, że takie opowiastki to domena jednak płci żeńskiej spod szyldu tandetnych romansideł. Ku mojej radości, okazało się, że faceci także są niepoprawnymi romantykami snującymi tego typu ckliwe, chwytające tylko za niektóre serca love story. Może to kwestia mojej nieco cynicznej natury, ale jedyne, co mnie próbowało schwytać w trakcie tej żmudnej podróży z „Charliem St. Cloudem”, to nieodparta wręcz pokusa, by wyrzucić książkę przez okno i dłużej się nie męczyć.
W ogóle nie przemawia do mnie fantazja Sherwooda o świecie duchów, które swobodnie krążą gdzieś wokół nas, przechodząc, jeśli mają ochotę na inny poziom egzystencji. Oczywiście stanowiłoby to niewątpliwą pociechę dla osób, które tracą ukochanych bliskich. Być może ludzie wierzący w Boga, a co za tym idzie niebo i piekło, odnajdą w książce jakąś prawdę. Wątpię natomiast, by ateiści zmienili własne, skrajnie odmienne przekonania. Tym bardziej, że cała ta historia z duchami została w sposób tak słodki, bajkowy, cukierkowy wręcz wykreowana, że od nadmiaru tej czułostkowości aż mdli.
Książkę Bena Sherwooda „Charlie St. Cloud” mogą przeczytać osoby tęskniące za baśniami. Jednak lepiej wyjdą, gdy sięgną po klasykę tego gatunku w wydaniu na przykład Hansa Christiana Andersena.
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Ben Sherwood „Charlie St. Cloud”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010
Komentarze