„Te brutalne rozkosze” są debiutem – w co, aż trudno mi uwierzyć – młodego amerykańskiego pisarza i badacza specjalizującego się w tematyce tożsamości queer. Książka przedstawia historię dwóch nastolatków, Paula i Juliana, którą trudno zrozumieć na poziomie racjonalnym. Z całą pewnością zakładam, iż większość osób obcujących z powieścią nigdy nie było w choćby podobnej relacji. Może miały doświadczenie z jakąś toksyczną relacją, jednak ta przekracza granice – dosłownie. Równocześnie jestem przekonana, że historii ukazanej w książce wcale nie trzeba rozumieć, aby ją „poczuć”. To przynajmniej przytrafiło się mnie. Najpierw nie mogłam oderwać się od lektury, a potem – gdy dotarłam do końca i nie pozostało nic więcej poza refleksją – popłakałam się.
Micah Nemerever zaprojektował – i napisał – powieść w ciekawy, specyficzny sposób. Historię młodych chłopaków niby relacjonuje abstrakcyjny narrator, oddalony od fabuły i niebędący uczestnikiem wydarzeń, na co wskazuje narracja trzecioosobowa. A jednak w toku lektury wychodzi na jaw, że narrator nie tylko prezentuje wydarzenia dotyczące Paula, ale także najprawdopodobniej jest Paulem. Warto zwrócić uwagę, że czytelnik nigdy nie towarzyszy Julianowi ani żadnej innej postaci „Tych brutalnych rozkoszy”. Nigdy nie zagląda tam, gdzie Paul nie może. I odwrotnie – bez trudu zagłębia się w myśli Paula, nawet te, które Paul z całą pewnością wolałby ukryć przed czytelnikiem.
Odkrycie przeze mnie powyższego faktu – które nastąpiło o wiele później, niż mam ochotę przyznać – zupełnie zmieniło sposób, w jaki odbierałam książkę. Do tego momentu zakładałam, że kiedy narrator opisywał zachowania, miny, gesty etc. trzecioosobowo i zdawałoby się, iż obiektywnie, tak po prostu było. Kiedy Julian robił rzeczy okrutne lub kamuflował okrucieństwo, udając dobrego i troskliwego, tak po prostu było. Jednakże w chwili zrozumienia, iż wszystkie sceny okrucieństwa mówią czytelnikowi jedynie to, co Paul sądził o danym zachowaniu i w jaki sposób je interpretował, wiele, naprawdę wiele sytuacji zyskało kompletnie inne znaczenie. Zmiana odbioru dynamiki relacji otworzyła przede mną mnóstwo pytań, takich jak: kto w tym układzie naprawdę dominował bądź kto kim manipulował w scenach, które dotychczas brałam za oczywistą manipulację ze strony Juliana.
Inną specyficzną cechą „Tych brutalnych rozkoszy” jest styl pisania. Powieść jest absolutnie przefilozofowana i przepsychologizowana. Żaden rzeczywisty, normalny człowiek nie interpretuje każdego drobnego gestu otaczających go ludzi. Czy jednak Paul jest rzeczywistą lub normalną postacią? Nie. To bohater książki, na dodatek w oczywisty sposób głęboko zaburzony, zmagający się z problemami m.in. społecznymi i przeżywający kryzys moralności. Z tego powodu specyficzny styl pisania, który byłby trudny do zniesienia, gdyby każda książka na rynku wydawniczym wyglądała podobnie. Tutaj natomiast pasuje perfekcyjnie. Kiedy przyjmie się założenie, że narrator trzecioosobowy jest Paulem, np. elementem jego psychiki, stanie się jasne, że narracja musi być prowadzona w ten sposób, ponieważ taką osobowość ma Paul.
Finał „Tych brutalnych rozkoszy” – mam tu na myśli ostatnią scenę, w szczególności ostatnie zdanie powieści – nie mógł być lepszy. Niestety książki, które czytam, często kończą się w sposób niesatysfakcjonujący. Coś zostaje skrócone, coś zostaje przyspieszone lub urwane. Tutaj nie mam choćby cienia uwagi. Mało tego: finał – w połączeniu z finalnymi wydarzeniami w lesie – utwierdził mnie w przekonaniu, że mam rację co do jedności narratora z Paulem, a duża część lub nawet większość interpretacji zachowań Juliana była błędna. Chętnie przeczytałabym powieść jeszcze raz, mając to na uwadze od pierwszej strony.
Na koniec, żeby nie było zbyt słodko – choć to już uwaga, która nie dotyczy autora – muszę odnieść się do tłumaczenia powieści, za które odpowiada Jolanta Kozak (dodatkowo książka przeszła korektę aż dwóch osób: Małgorzaty Lach i Anny Burger). Jest okropne. Nigdy – z naciskiem na to słowo – nie spotkałam się z książką, w której przetłumaczono wyrażenia dosłownie, zupełnie jakby nie rozumiano ich sensu. Niestety nie zapisałam stron, ale zapamiętałam jeden przykład. Bohater w odpowiedzi na słowa partnera użył sformułowania „nie naprawdę”. Tak mnie zakłuło w oczy, że musiałam się zastanowić, jak brzmiało w oryginale. Zakładam, że „not really”. Chętnie zrzuciłabym to na karb pomyłki – nawet własnej – jednak w dalszej części książki podobnych kwiatków znalazłam więcej.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Micah Nemerever, „Te brutalne rozkosze”, Wydawnictwo Mova, Białystok, 2025.