Jeśli trafiłeś na tę recenzję, zapewne nie jest to zbieg okoliczności. Albo jesteś miłośnikiem wszystkich tworów sci-fi, albo wiernym i oddanym fanem Orsona Scotta Carda.
Jeśli chodzi o mnie, prawdziwe jest to drugie stwierdzenie. Wielbicielką tematyki fantastyczno-naukowej nie byłam nigdy, do takich filmów i książek, choć tych drugich zdecydowanie rzadziej, podchodziłam raczej z doskoku. Aż zapoznałam się z pierwszą częścią sagi o Enderze – „Grą Endera”, którą początkowo miałam za „Graenderę”. Wtedy przepadłam. Wiedziałam, że nie tylko przeczytam od deski do deski tę serię, ale również sięgnę po każdą możliwą książkę, która pozwoli mi przebywać w świecie superinteligentnych dzieci-żołnierzy i międzygatunkowych wojen choć o jeden dzień dłużej.
Moje marzenie o nieopuszczaniu enderowego wszechświata spełnił Prószyński i S-ka, dostarczając inną sagę, sagę Cienia, której wydarzenia są równoległe z sytuacjami przedstawionymi w „Mówcy Umarłych” czy „Ksenocydzie” – powieściach kontynuujących „Grę Endera”. I choć samo przetłumaczenie „nowej” sagi na język polski wcale nowe nie jest, to odświeżenie wydań i opatrzenie ich zupełnie innymi okładkami (z których ta akurat jest najmniej atrakcyjna) z pewnością przysłużyło się promocji.
Cóż można powiedzieć o „Teatrze Cieni”? Przede wszystkim to, że aby po powieść sięgnąć, trzeba już znać ten świat i jego bohaterów. Trzeba być w nim zanurzonym całym sobą, trzeba się orientować gdzie, co i jak. Oczywiście, Card zadbał o nielicznych, dla których lektura będzie stanowiła zupełną nowość, tłumacząc to i owo, przedstawiając motywację działań bohaterów, ale nawet mimo tego jestem przekonana, że aby sięgnąć po „Teatr Cieni”, należy wcześniej przeczytać „Cień Hegemona”. A jeszcze wcześniej „Cień Endera”.
Dla tych zaś, co poprzednie części czytali i wiedzą, czego się spodziewać, mam dobrą wiadomość: w świeżo wydanej powieści dzieje się dużo, szybko i ciekawie. Pod koniec nareszcie możemy „spuścić z siebie powietrze”, zejść z poduszki pełnej szpilek i na „Cień Olbrzyma” czekać bez takiego napięcia, jakie towarzyszyło oczekiwaniom na „Teatr Cieni”. Tu bowiem rozwiązują się najważniejsze wątki, ginie, kto miał zginąć, a przeżywa, kto miał przeżyć. Brzmi enigmatycznie? Dla niewtajemniczonym może i tak, ale dla miłośników sagi wierzę, że znaczy to bardzo dużo.
Na koniec dodam, że z każdą kolejną częścią lubię Gorszka coraz bardziej, a po zakończeniu sagi chyba wrócę do podstawowej, o Enderze, by sprawdzić, czy do niego także żywiłam takie uczucia. Zapewne tak. Card posiada bowiem umiejętność przypisywania bohaterom cech, przez które zaczynamy ich uwielbiać i utożsamiać się z nimi, nawet jeśli, a raczej nawet pomimo tego, że nie jesteśmy superinteligentnymi kilkulatkami, które paroma decyzjami mogą zmienić i zmieniają świat. Za to właśnie go kocham.
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Orson Scott Card, Teatr Cieni, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015
Komentarze