Czy istnieje coś, co zbliża ludzi bardziej niż wspólna pasja? Shea i Trener Carr „od zawsze” dzielili zamiłowanie do futbolu. Nastolatka, która zamiast plotek z koleżankami wolała przyglądanie się treningom prowadzonym przez ojca swojej najlepszej przyjaciółki, nie mogła wyrosnąć na nikogo innego niż zagorzała fanka tego sportu. Znajomością taktyki, statystyk i historii dyscypliny nieraz zawstydzała zawodowych futbolistów, z przyjemnością wspominając historyczne zagrania najwybitniejszych zawodników. Z tego względu tylko Trener był osobą zasługującą na zaszczyt wspominania najważniejszych momentów w historii futbolu. Niestety od śmierci żony Connie coś się zmieniło w tej prostej, jasnej relacji.
Shea od zawsze wiedziała, że tylko z futbolem może związać swoje życia. Najpierw posada w dziale PR ukochanego college'u Walker, a następnie praca sprawozdawcy sportowego w lokalnej gazecie tylko potwierdzają fakt, że życie tej dziewczyny krąży wokół futbolu, który dominuje nawet nad jej życiem prywatnym. Związana z Millerem - nauczycielem wuefu i byłym futbolistą, krótko po rozstaniu wiąże się z gwiazdą, której nazwisko zna cały Teksas. Ryan James to nie tylko wychowanek Walker, ale również ten, za którym podążają tłumy fanek i wścibskich paparazzi. Shea jednak czuje, że z żadnym nie łączyła jej tak głęboka więź jak z Trenerem.
Zna go od zawsze - w końcu to ojciec jej najlepszej przyjaciółki, w którego domu bywała niemal bezustannie i który traktował ją jak drugą córkę. Powierniczka sekretów Lucy i jej najważniejsza ostoja w trudnych chwilach po śmierci matki zaczyna czuć, że wypracowana przez lata lojalność zaczyna topnieć w obliczu zniewalającego uczucia, które nigdy nie powinno się wydarzyć. A jednak przytrafiło się dwójce ludzi, którzy całe życie rozmawiali jedynie o futbolu...
Niestety, najnowsza książka Emily Giffin również nie powinna była się pojawić. Autorka, która niewątpliwie ma talent narracyjny, tym razem stworzyła banalną, płaską opowieść, w której oczywiście musi nastąpić happy end, przez który po zakończeniu lektury aż chce się dodać „...i żyli długo i szczęśliwie”. Przepraszam tych, którzy uważają, że dopuściłam się wielkiej zbrodni – podsunęłam informację o tym, jakie relacje będą ostatecznie łączyć Sheę, Lucy i Trenera, jednak możecie mi wierzyć, że każdy czytelnik już w połowie książki zorientuje się, które uczucie okaże się najsilniejsze.
Nie twierdzę, że miłość jest racjonalna i że można nad nią panować, na pewno nie zawsze. Jednak wydaje się, że istnieją pewne granice, których naruszenie stanowi naruszenie odwiecznego porządku. Taką sytuacją jest z pewnością związek Shei z ojcem Lucy. Choć przystojny wdowiec, zapalony fan futbolu, mógł wywołać drżenie serca u młodej kobiety, to jednak przypisanie mu nieokiełznanego uczucia do Małej w kilka miesięcy po śmierci ukochanej żony zakrawa niemal na absurd. Giffin w książce „Ten jedyny” pokusiła się o próbę udowodnienia, że miłość nie zna barier, a nawet jeśli takowe się pojawią, muszą ustąpić przed naporem wielkiego uczucia. Trochę to naiwne i bajkowe, ale może właśnie taki był cel – udowodnić, że nawet w brutalnym, pełnym bezpardonowej rywalizacji świecie może wydarzyć się coś tak banalnego i oczywistego jak miłość.
„Ten jedyny” to taka książeczka do przeczytania latem w pociągu w drodze na wakacje, by odpocząć od codziennych obowiązków i zgiełku. Przyjemna bajka dla dużych dziewczynek, które lubią czasem być nieco naiwne. Albo przynajmniej raz do roku wrócić do bajek o księciu z bajki, o tym jedynym.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Emily Giffin, „Ten jedyny”, Wydawnictwo Otwarte, Warszawa 2014
Komentarze