Terapeutyczna rola czworonogów

Recenzja książki „Spacer po szczęście”.
Już od dawna wiadomo, że psy maja terapeutyczny wpływ na samopoczucie. Ale czy potrafią uzupełnić lukę w sercu i zastąpić najbliższego nam człowieka?

Mówi się, że „pies to najlepszy przyjaciel człowieka”. Jednak, czy to czworonożne stworzenie może zastąpić partnera? Czy może być tym, na czym możemy się oprzeć podczas stawiania pierwszych kroków na naszej nowej drodze życia? Na te i inne pytania stara się odpowiedzieć Lucy Dillon w swojej najnowszej powieści „Spacer po szczęście”.

Jest to druga książka autorki (po „Psy, Rachel i cała reszta”) opowiadająca o niezastąpionym towarzystwie psa. Bohaterka powieści - Juliet, trzydziestokilkuletnia kobieta nie może pogodzić się ze stratą najbliższego sobie człowieka – Bena. Siedzi co dzień na kanapie przed telewizorem ze swoim terierem Mintonem, chcąc przełożyć, na tyle ile się da, spotkanie z rzeczywistością. Choć myśli, że została sama przeciwko całemu światu, rodzina stoi za nią murem i stara się przywrócić Juliet do porządku dziennego. By wyciągnąć zasmuconą kobietę z domu, matka nakłania Juliet do wyprowadzania jej labradorki. Spacery z psami okazują się zbawienne – bohaterka zaczyna wychodzić do ludzi, a w międzyczasie nie wiadomo skąd i dlaczego, przy nodze Juliet na codziennych spacerach do parku, towarzyszy jej coraz więcej psów. Nagle staje się nieoficjalną opiekunką zwierząt w mieście. Niby wszystko zaczyna powoli się układać, jednak nieuchronnie zbliża się rocznica śmierci męża, a Juliet jeszcze nie postanowiła, co zrobić z własnym życiem.

„Spacer po szczęście” to opowieść o smutku, żałobie i monotonnym procesie szukania codzienności, która już nigdy nie będzie taka sama. Przedstawia problemy kobiety, która nie może pogodzić się ze stratą najbliższej jej osoby – męża. Jako, że wybranek Juliet był ogrodnikiem, a ponadto kochał ich czworonoga, to właśnie on pozwala przetrwać młodej wdowie pierwsze miesiące po śmierci ukochanego.

Książka jest naprawdę wzruszająca i pochłania czytelnika już od pierwszego rozdziału, nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że to już było…- i niespodziewana śmierć małżonka, i terapeutyczne towarzystwo czworonogów. Pojawiające się motywy nie są nowe i nie wnoszą do istniejącej literatury żadnego powiewu świeżości. Mimo wszystko „Spacer po szczęście” jest miłym spacerem w zimowe wieczory z kubkiem gorącej herbaty w ręce.

Magda Polaszek
(magda.polaszek@dlalejdis.pl)

Lucy Dillon, „Spacer po szczęście”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat