„The Radium Girls” – recenzja

Recenzja książki „The Radium Girls. Mroczna historia promiennych kobiet Ameryki”.
Wstrząsająca historia walki o godność.

„Powinniśmy mieć prawa, dzięki którym uporamy się ze zjawiskami, które ludzkie ciała poddają torturom, udręczają i niszczą”. Tak rozpoczął swą przemowę prawnik Leonard Grossman w 1937 roku, reprezentując interes kilku małych wielkich kobiet niedających za wygraną i rozpoczynających batalię z opętaną żądzą pieniędzy firmą mającą za nic zdrowie zatrudnianych przez nią osób.

Dwadzieścia lat wcześniej nic jednak nie zapowiadało, że pracowniczki spotkają się ze swym chlebodawcą na sali sądowej. Wręcz przeciwnie. Większość z nich wciąż była nastolatkami, gdy wydawało im się, że złapały najlepszą fuchę w stanie New Jersey. W czasach przepełnionym śmiechem, jazzem i zabawą dziewczęta znalazły zatrudnienie w The United States Radium Corporation. To nie była ciężka, mozolna i mizernie opłacana praca w fabryce czy handlu. To była prestiżowa, bardzo dobrze płatna możliwość wprowadzania na rynek czegoś nowatorskiego – stworzonej przez założyciela Sabina von Sochocky’ego farby świecącej w ciemności. Styczność z nietypowym materiałem nie tylko skłaniała pracowniczki do eksperymentów takich jak malowanie paznokci, brwi, zębów, czy wąsów, ale również sprawiała, że można je było rozpoznać na odległość. Pokryte pyłem, wychodzące wieczorami z zakładu kobiety przypominały snujące się ulicami duchy. Wiele z nich korzystało z tego bonusu, ubierając do pracy sukienki, którymi potem zamierzało olśnić wszystkich na tańcach.

TUSRC tworzyła silną społeczność, dziewczyny polecały ją sobie nawzajem, wciągając w jej szeregi zarówno rodzinę, jak i przyjaciół. Bo czy może być coś lepszego niż lekka praca w gronie znajomych? Wystarczyło przygotować masę w tygielku, zanurzyć pędzelek, a dla największej precyzji wyostrzyć jego końcówkę ustami i  pomalować cyferblat. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że mieszanka, którą ochoczo wprowadzają między wargi, zawiera chorobotwórczy rad, a wyuczony i machinalnie wykonywany nawyk okaże się mieć katastrofalne skutki dla ich zdrowia i życia.

„The Radium Girls” to książka niezwykła, bo dająca głos tym, które próbowano za wszelką cenę uciszyć kłamstwami, półprawdami, odmową i podejrzeniami, że chodzi im wyłącznie o wyłudzenie nienależnych odszkodowań. Kate Moore zrobiła wszystko, aby czytelnicy mogli nie tylko poznać realia walki kobiet z pracowniczą, prawną i prawniczą machiną, ale także na te kilkaset stron dołączyć do grona „radowych dziewczyn”, przeżywać z nimi chwile wzlotów, upadków, makabrycznych odkryć i dostrzegania światła nadziei w najciemniejszych punktach życia.

To nie tylko dokument, ale również dramat, horror i thriller sądowo-medyczny w jednym. Krótko mówiąc, równie porażająca co przerażająca lektura, raczej nie dla delikatniejszego odbiorcy. Rozdźwięk między sielankowymi opisami nastoletnich wygłupów i dramatyczną walką o każdy kolejny dzień zdecydowanie zapada w pamięć. Pokrzepia jednak myśl, że poświęcenie „promiennych kobiet Ameryki” nie poszło na marne i pomogło zgodnie ze słowami Grossmana wprowadzić regulacje w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Kate Moore, „The Radium Girls. Mroczna historia promiennych kobiet Ameryki”, Warszawa, Wydawnictwo Poradnia K, 2019 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat