Nie ma osoby, której nie da się złamać, trzeba tylko wiedzieć, czym. Nikt nie ma czystej karty, dzięki której mógłby się czuć w zupełności bezpieczny w razie prześwietlania przyszłości. O tym wszystkim wie Henry Loving...
Corte zajmuje się ochranianiem „obiektów”, czyli potencjalnych ofiar psychopatycznych morderców lub osób ważnych dla policji ze względu na posiadane informacje. W pracę angażuje się bez reszty, szczególnie jeśli w grę wchodzi pojedynek z tym, który miał od dawna nie żyć, a z którym Corte ma pewne rachunki do wyrównania.
Tym razem na „owczarka” (jak sami nazywają siebie pracownicy ochrony) ma za zadanie dowiedzieć się, kto czyha na życie policjanta Ryana Kesslera i jego rodziny. Funkcjonariusz nie zajmuje się żadnymi poważnymi aferami, więc komu zależałoby na tym, żeby go porwać? Praca za biurkiem, żona, córka i ekscentryczna szwagierka to cały koloryt życia gliny z przedmieść. Ktoś jednak wydał zlecenie na pozbycie się któregoś „obiektu” z Kesslerów. Jednak którego? Naturalnie pierwsze podejrzenie pada na stróża prawa, jednak to zbyt oczywiste, by Deaver napisał coś takiego. O, nie, mistrz suspensu rzuca czytelnikowi zaproszenie do intelektualnej zabawy z pozorami, tajemnicami i wydarzeniami zależnymi od rzutu kostki.
Tożsamość potencjalnej ofiary zmienia się kilkakrotnie i za każdym razem wszystkie poszlaki wskazują na daną osobę. Wspaniałe jest jednak to, że Jeffery Deaver bez naciągania fabuły i dopisywania niepotrzebnych elementów najpierw wprowadza czytelnika w ślepą uliczkę, a potem pokazuje, jak z niej zawrócić na właściwy szlak. Autorowi należą się oklaski za to, że tak subtelnie wodzi za nos, a jednocześnie zachęca do dociekania, kto faktycznie jest kim.
W „Haku” żaden element nie pojawia się przypadkowo. Sytuacje i osoby, które początkowo się bagatelizuje jako dodatek do głównej osi fabuły, po pewnym czasie zaczynają żyć własnym życiem i zmieniają bieg wydarzeń. Deaver, jak niewielu pisarzy, potrafi dzięki temu wymusić na czytelniku maksymalną koncentrację, niezbędną do tego, żeby podążać śladem Corte'a. Ale jednocześnie tempo akcji przypomina wyścig samochodowy, w którym nawet na chwilę nie można oderwać wzroku od toru. Tak samo od „Haka” nie da się odciągnąć. Niemal każdy rozdział kończy się w przełomowym lub przynajmniej znaczącym momencie. Dlatego czytelnik automatycznie przerzuca kartkę i... czyta dalej. Dodatkowo odłożenie książki jest utrudnione przez zastosowanie narracji pierwszoosobowej. Proszę mi wierzyć, Corte'owi się nie przerywa.
Wracając do bohaterów, każda z postaci została skonstruowana w najdrobniejszych szczegółach. Joanne, Amanda i Ryan Kessler – każde z nich to studium ludzkich zachowań w sytuacjach ekstremalnych. Maree – siostra Joanne – dodatkowo nadaje kolorytu palecie emocji i wybuchów. Ponadto, poznając myśli i odczucia Corte'a, ma się możliwość obserwowania, odczuwania wydarzeń dzięki wyostrzonym do granic zmysłom. Bo „owczarek” musi mieć się zawsze na baczności.
„Hak” to również przykład świetnej literatury psychologicznej. Szukanie haków, próby łamania, zmylanie przeciwnika – rozgrywka między dwoma piekielnie inteligentnymi ludźmi o różnych priorytetach to uczta dla czytelnika. Dlatego niech nikogo nie przeraża objętość książki Deavera. Ani się obejrzycie, rozwikłacie tajemnice Loving i Corte'a. I będziecie zaskoczeni bardziej, niż się spodziewacie.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Jeffery Deaver, „Hak”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze